Cz02232012

Last update08:06:55

Relacje

King's John Castle

Limerick ze swoimi 92,500 tysiącami mieszkańców jest trzecim co do wielkości miastem w Irlandii. Mówi się także, że jest to ,,Polski Dublin”, szacuje się, że w mieście tym mieszka około 15 000 przybyszów z nad Wisły. Luimneach założyli Duńczycy w 812 roku, był stolicą królestwa Limerick a później siedzibą królów Munsteru. Miasto posiadające ponad 12 wieczną historię dochowało się sporej ilości zabytków i ciekawych miejsc do odwiedzenia, jednym z nich, chyba najsłynniejszym jest Zamek Króla Jana (King John’s Castle).

Osobiście odwiedziłem Limerick dwukrotnie. Za pierwszym razem króciutko, nie udało mi się nawet wjechać do centrum miasta ale raz kolejny był dłuższy, choć myślę, że i tak było to tylko powierzchowne liźnięcie. W hrabstwie Limerick znaleźliśmy się 13 września ubiegłego roku, dwa dni po naszych niezapomnianych  wojażach, które obejmowały Wyspę Achill , Inishmore na Wyspach Aran  a także Connemarę . Zaplanowaliśmy krótki, paru godzinny postój w Limerick, a konkretniej chcieliśmy zobaczyć Zamek Króla Jana – pokaźną budowlę z 12 wieku.  Tuż po zwiedzaniu nasz grafik zakładał, że jedziemy dalej, w kierunku południowo-zachodnim aż do Półwyspu Dingle i Pętli Kerry. Na to wszystko mieliśmy 4 dni, tak więc dłuższa wizyta w Limerick odpadała a przypuszczam, że spokojnie trzeba by było przeznaczyć z jeden cały dzień na zwiedzenie tych wszystkich zabytków się tam znajdujących, na poznanie i poczucie tego miasta. O wspomnianym zamku nie wiedziałem zbyt wiele, kojarzyłem, że jest ale nic poza tym. Dopiero lektura na blogu zaprzyjaźnionej blogerki podkręciła moje apetyty na odwiedzenie King John’s Castle.

Powerscourte House & Gardens

Irlandia obfituje w wiele różnego rodzaju rezydencji, efektownych pałacyków i dworków. Niektóre z nich zachowały swoją świetność, są zadbane i regularnie pielęgnowane. Posiadłości są własnością albo państwa albo znajdują się w prywatnych rękach. Nierzadko bywa, że dana rezydencja jest pod opieką rodzin od stuleci.

Powerscourt House and Gardens to rezydencja neoklasycystyczna, znajdująca się nieopodal Bray. Wzniesiona została w połowie XVIII wieku przez  wywodzącą się z Brytanii szlachtę angloirlandzką, która zawłaszczyła sobie sporą część Irlandii. Kilka stuleci wcześniej, w roku 1300 rodzina Le Poer (Power) zbudowała tutaj zamek, który wziął nazwę właśnie od nazwy tejże rodziny. W środku było co najmniej 68 pokoi,  hol wejściowy miał 18 metrów wysokości i 12 metrów szerokości. W późniejszych okresach w posiadaniu zamku były możne rody: O’Tooles, Fitzgerald a także Hrabia Kildare. W 1603 roku Zamek Powerscourt wraz z okolicznymi terenami został przyznany Richardowi Wingfieldowi. Anglik, który zasłużył się jako żołnierz w Irlandii, Flandrii, Francji i Portugalii w nagrodę dostał tytuł szlachecki a w 1600 roku mianowany został na marszałka Irlandii. Jego potomkowie zostali w Powerscourt przez następne 350 lat. Powerscourt został znacznie odmieniony w 18 wieku (od 1731 do 1741 roku), kiedy to znany niemiecki architekt Richard Cassels przebudował  zamek wraz z jego podstawami. W tym czasie był to jeden z najpiękniejszych domów w całej Irlandii. W sierpniu 1821 roku gościem Richarda Wingfielda, piątego Wicehrabi Powerscourt, był Król Jerzy IV. W latach 30-tych 19 wieku w domu organizowano wiele konferencji na temat niespełnionych proroctw biblijnych.

Powerscourt Waterfall

Za oknami od kilku tygodni aura do najmilszych nie należy, jest zimno, mokro, wietrznie więc proponuję aby przenieść się w czasie, aby zorganizować swego rodzaju powrót do przeszłości. Nieodległej, liczącej sobie 5 miesięcy ale gwarantuję, że podróż będzie ciekawa i w kontekście dnia dzisiejszego, ciepła oraz przyjemna.

Pewnego słonecznego dzionka, w sierpniu ubiegłego roku, wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę. Przejechaliśmy około 150 kilometrów i dotarliśmy do uroczego a zarazem bardzo popularnego miejsca. Jako, że pogoda sprzyjała a przy okazji była niedziela, toteż razem z nami zjawiła się tam również pokaźna ilość wypoczywających osób.

Poprawiony: niedziela, 20 listopada 2011 11:53

Wspinaczka na szczyty Twelve Bens

O Connemarze napisałem już tutaj parokrotnie, za każdym razem z dużym entuzjazmem i podziwem dla tej niesamowitej krainy. Napiszę raz jeszcze, tym razem z perspektywy górołaza, opiszę wędrówkę po szczytach Twelve Pins, kilkugodzinną wspinaczkę nasiąkniętą zmęczeniem, wiatrem, deszczem, zimnem i mgłą, poprzeplataną promieniami słonecznymi oraz ciężkimi chmurami wiszącymi tuż nad naszymi głowami. Góry, choć stosunkowo niewielkie, to jednak majestatyczne i przede wszystkim dające nieprawdopodobne pejzaże i panoramy.

Zanim jednak dostaliśmy się do Connemary musieliśmy pierwsze dopłynąć do lądu. Z Wysp Aran płynie się niespełna godzinę. Był to czas, w którym troszeczkę podładowaliśmy akumulatory po wizycie na Aranach, który posłużył nam do odpoczynku w wygodnych, promowych fotelach. Tak jak wcześniej Ocean był delikatnie niespokojny i bujał naszym stateczkiem w górę i w dół tak teraz płynęliśmy znacznie łagodniej. Wraz z innymi współtowarzyszami rejsu dopłynęliśmy do Rossaveel 10 minut przed godziną 17-tą, wyładowaliśmy się z promu jako ostatni i podążyliśmy na parking, gdzie dnia poprzedniego pozostawiliśmy auto. Zapakowaliśmy cały nasz ekwipunek i odjechaliśmy, po drodze płacąc panu parkingowemu 5 euro. Jako, że dzień zbliżał się powoli do końca, to nie mieliśmy już w planach nic konkretnego robić. Aby znaleźć się z powrotem na drodze N59, pokonaliśmy identyczną trasę jak kilkanaście godzin wstecz.

Wędrówka po Inis Mór

Wyspy Aran od zawsze uchodziły za bezkompromisowe. Są symbolem surowości, próżno tam było szukać wygód, pogoda z reguły nie rozpieszczała a ludzie, których los rzucił w to miejsce uchodzili za twardych i zaradnych. Na co dzień mówi się tam językiem gaelickim, co czyni arańskie wyspy jeszcze bardziej irlandzkie, dodając im niepowtarzalnego klimatu i uroku.Jakby potwierdzeniem tego stwierdzenia, że Wyspy Aran czasami dosyć szorstkie są dla ludzi, było nasze nań przybycie. Opętańczy deszcz i porywisty wiatr sprawiły, że nie łatwy i trudny dla nas to był początek. Noc, którą dane nam było przeżyć okazała się nocą z dreszczykiem emocji, nocą nie dającą snu szybkiego, łatwego i przyjemnego. Trzeba się było nacierpieć aby ją pokonać.

Dún Aonghasa – prehistoryczny fort na Inishmore

Wyspy Aran są jedyne w swoim rodzaju, to nie ulega żadnym wątpliwościom. W Irlandii z pewnością nie ma drugich podobnych. Nie wiem jak jest na dwóch pozostałych (Inishmaan oraz Inisheer), być może jeszcze bardziej odludnie i dziko ale wizyta na największej z nich pozostanie w mojej pamięci na długo. Tak samo jak pewna rzecz, która jest szalenie charakterystyczna i która pojawiała się za każdym razem kiedy odwracałem głowę. Czy w lewo, czy w prawo, czy przed siebie. Było wszędzie i otaczało nas ze wszystkich, możliwych stron. Kamienne murki, bo je mam na myśli ciągną się podobno na odległość 3 tysięcy kilometrów. Są wszędzie, wyspa jest nimi poprzecinana i stanowią nieodzowną część krajobrazu. Murki te składają się z kamieni, których na Inishmore od zawsze było pod dostatkiem. Kamienie te są poukładane w taki sposób, że strasznie trudno jest jakiś z takiego muru wyciągnąć. Wydawać by się mogło, ze skoro do ich  budowy nikt nie używał żadnej zaprawy, to powinien się on prędzej czy później rozwalić. Nic bardziej mylnego. Murki stoją i nie sposób je ruszyć. Jako że na Aranach nie występują drzewa to też nie ma znanych nam dobrze płotów, są murki. Główne ,,dobro naturalne” stanowi kamień i skała, zostały one wykorzystane praktycznie w stu procentach.

Wyspy Aran - kawałek prawdziwej Irlandii

Za każdym razem, kiedy przejeżdżałem przez Connemarę nigdy nie trafiłem w jej południowe rejony. Wyjeżdżając z Galway praktycznie wszyscy wybierają N59, drogę najłatwiejszą, najbardziej popularną oraz pokazującą te piękne tereny w sposób chyba najwłaściwszy. Oczywiście najwłaściwszy jeśli jedzie się samochodem, bo całkiem inaczej odbiera się Connemarę maszerując przez nią pieszo. Tak więc jest droga N59 ale jest również droga R366, ciągnąca się niemal poziomym, kilkudziesięciu kilometrowym  odcinkiem wzdłuż północnego wybrzeża nad zatoką galway’owską.

Pod namiotem na Achill Island‏

Croaghaun Cliffs czas było opuścić tak więc spokojnym tempem pomaszerowaliśmy w dół w kierunku Keem Beach. Dzionek zaczynał zbliżać się do końca choć oczywiście mieliśmy jeszcze parę godzin do zachodu słońca ale trzeba było myśleć nad miejscówką do spania, no i dobrze by było coś jeszcze na tej wyjątkowej wyspie zobaczyć. Nieśpiesznie opuściliśmy jedną z najpiękniejszych, irlandzkich plaż i pojechaliśmy w głąb Achill.

Największe klify w Irlandii

Calutki tydzień przed rozpoczęciem mojego urlopu był pogodowo bardzo przyjemny. Praktycznie 7 dni non-stop świeciło słońce, było mnóstwo błękitnego nieba, powietrze ciepłe a wiaterek delikatny. W pewnym momencie serce mi się krajało, że tak fajnie jest akurat w przeddzień rozpoczęcia upragnionego wolnego, bo raczej pewne było, że to się w czasie nie przeciągnie. Jak pomyślałem, tak też się stało… Daniel, czyli mój druh zbliżających się wielkimi krokami wojaży, zjawił się w Dublinie niedzielnym popołudniem. Wracając do Longford aura zaczęła się delikatnie psuć. Posypała się na dobre w dwóch kolejnych dniach, co zmusiło nas do odwleczenia daty wyjazdu. Mieliśmy 2 dni więcej na przygotowania, na ostatnie zakupy i plany podróży, bo trzeba przyznać, że były one dość ruchome – zależy w której części wyspy mniej padało – tam chcieliśmy pojechać.

Achill Island – to trzeba zobaczyć!

Irlandia sama w sobie jest wyspą. Ale posiada również inne mniejsze lub większe wysepki. Jest ich na prawdę sporo, porozrzucane głównie na zachodnich krańcach kraju. Nie wiem czy najważniejsza i najbardziej popularna ale z całą pewnością największa znajduje się w hrabstwie Mayo. Odwiedziliśmy ją, po wcześniejszym usłyszeniu mnóstwa pochlebnych opinii na jej temat. Czy było warto? No cóż, przekonajcie się sami ale jak to bywa z różnorakimi atrakcjami turystycznymi w tym kraju, pytanie wydaje się być czysto retoryczne.

Poprawiony: czwartek, 31 marca 2011 10:54

W drodze na Corrán Tuathail

W ubiegły piątek wraz Mountaineering Club NUIG wybrałem się na 3 dniowy wyjazd do Kerry, którego głównym celem był górski rekonesans po najwyższym paśmie irlandzkich „pagórków” - Macgillycuddy's Reeks.

Dobrze wyposażona i zorganizowana ekipa podzielona na 3 grupy ruszyła na podbój najwyższego szczytu w Irlandii - Corrán Tuathail (1040 n.p.m).

Wbrew stereotypowym opiniom na temat poziomu trudności w pokonywaniu irlandzkich gór właśnie ten szczyt był prawdziwym wyznacznikiem skali niebezpieczeństwa i zagrożenia czuwającego powyżej poziomu chmur, które jak to na zielonej wyspie zagościły również podczas wyprawy.

Poprawiony: wtorek, 22 marca 2011 21:08

Boyle Abbey

Pomiędzy Sligo a Longford znajduje się pewne miasteczko. Nie wielkie, podobne to wielu innych w Irlandii, położone nad rzeką, która nazywa się tak samo jak owa miejscowość. Ma w swoich granicach jednak coś, co czyni je interesującym, nastrojowym i do którego z całą pewnością warto zawitać…

Boyle to przede wszystkim 12 wieczne cysterskie opactwo założone przez mnichów przybyłych do Boyle z Mellifont. Po założeniu pierwszego opactwa cystersów w Irlandii, które stanęło właśnie w Mellifoncie (1142 rok) mnisi chcieli rozszerzyć swoje wpływy i postanowili, że wybudują je w hrabstwie Roscommon. Przybyli oni do Boyle w 1148 roku w poszukiwaniu miejsca na nowe opactwo. Podekscytowali się oni wizją spartańskiego, lecz pełnego miłosierdzia życia podczas wizyty we Francji. Spodobało im się zdyscyplinowany i pozbawiony wszelkich przyjemności żywot zakonników z klasztoru św. Bernarda.

Wzgórze Tary – rezydencja arcykrólów

Zostawiłem Bective Abbey nie bez żalu. Odwracałem się parokrotnie za siebie, wędrując z powrotem w kierunku samochodu… Stało sobie pośród tej zieleni, dumnie, spokojnie, opatulone słońcem, nasiąknięte historią. Opactwo kusiło cały czas, jednak miałem przed sobą coś jeszcze – miejsce, które zobaczyć chciałem  koniecznie. Miejsce, w którym chciałem się znaleźć…

Nie ma chyba w Irlandii drugiego tak mocno przeszytego historią i legendą zarazem. Wzgórze Tary/Hill of Tara – przez całe pierwsze milenium to właśnie tu rezydowali arcykrólowie Irlandii. Zbierali się wraz z kapłanami co 3 lata ustalając prawa i rozstrzygając rozmaite spory. Jedna z barwnych sag głosi, że: w momencie gdy zwycięstwo wojowniczych Fomorian wydawało się nieuniknione, w Tarze zebrała się wielka narada wojenna zwołana przez Nuadę Srebrnorękiego , władcę tajemniczego ludu Dé Danaan. Pojawiło się wówczas bóstwo opatrznościowe – Lug Długoręki. Ciskając kamiennymi płytami o ściany pałacu i pokonując wszystkich w grze fidchell, udowodnił swe prawo do przewodzenia Danianom. Gdy nadszedł czas bitwy, Lug celnie rzuconym tathlunem (magicznym kamieniem) powalił wodza Fomorian, a zarazem własnego dziadka – Balora Jednookiego…

Bective Abbey

Odległość dzieląca Kells i Navan to zaledwie 16 kilometrów. Jazda zajęła mi może z 20 minut i po tej krótkiej chwili byłem już w stolicy hrabstwa Meath. Miasto jak na stolicę przystało wydawało mi się znacznie bardziej ruchliwe i żywe aniżeli Kells. Mnóstwo samochodów, czy to na drogach, czy też parkingach, pełno ludzi i dosyć ciasne centrum z dużą ilością sklepów i sklepików. Przejechałem się przez nie powoli, nie próbując się nawet zatrzymywać. W głowie miałem kolejny, na mojej ówcześnie przygotowanej liście, cel – Opactwo Bective (Bective Abbey).

Aby się tam znaleźć należy pokonać ok. 11 kilometrów jadąc z Navan w kierunku Trim drogą R161. Tak też uczyniłem, wszystko wydawało się proste ale w pewnym momencie pojawiły się jednak delikatne problemy z lokalizacją Bective Abbey… Skręciłem z głównej trasy na jakieś mniejsze i zaczęło się krążenie. Dobrych parę minut zajęło mi znalezienie znaku informacyjnego na temat opactwa w Bective. Gdy już mi się to udało, następne długie minuty jeździłem aby odnaleźć samo opactwo. Kilka postojów, kilka spojrzeń do mapy aż w końcu jest!

Megalityczne Loghcrew i historyczne Kells

Wgryzłem się dość intensywnie w królewskie hrabstwo Meath, jednego tylko dnia udało mi się zobaczyć parę naprawdę interesujących miejsc. Sprzyjała ku temu aura, pomimo że rankiem niebo spowite było chmurami a w powietrzu unosiła się delikatne mgiełka. Niemniej jednak zwlokłem się z łóżka o 7 rano, przygotowałem wszystko do wyjazdu i o 8 byłem już w trasie…Podążyłem tą samą drogą co 24 maja czyli po 40 kilometrach od Longford,  w okolicach Mullingar zjechałem z N4 i po kolejnych 20 kilometrach byłem w Castlepollard.  Następnie skierowałem się na Oldcastle. Właśnie w okolicach tego małego miasteczka znajdują się budowle, które uważane są za najstarsze w całej Irlandii. Skoro tak, musiałem je koniecznie zobaczyć…

 

Groby korytarzowe w Loughcrew

Groby Korytarzowe Louhgcrew (irl. Loch Craobh) na wzgórzach Slieve na Calliagh datowane są na 3500 – 3300 p.n.e, dla porównania bardziej znane Newgrange / Pałac nad Boyne (Brú na Bóinne) powstało między 3100 a 2900 p.n.e. Ciekawostką jest też, że wyżej wymienione grobowce są o kilkaset lat starsze aniżeli słynne Piramidy w Egipcie. Na początku miałem malutkie problemy ze znalezieniem Loughcrew. Byłem na odpowiedniej drodze jednak nie potrafiłem zlokalizować właściwego zjazdu, po paru minutach krążenia jechałem już jednak stromym, wąskim podjazdem w kierunku megalitycznych budowli. Zatrzymałem się na małym parkingu, wziąłem plecak, aparat, zerknąłem na okoliczną tablicę informacyjną i podążyłem w górę. Aby dojść na miejsce trzeba liczyć się z małą wspinaczką, idzie się pod górę, zewsząd towarzyszą pasące się owce, które patrzą się przestraszonym wzrokiem i próbują odstraszyć wędrowców głośnym beeeeee!!!! (a może meeeee!!!!) Po kilkunastu minutach wchodziłem już małą, żelazną bramką na teren grobowców. Widok stamtąd dookoła piękny, choć pewnie lepiej by się to wszystko prezentowało gdyby było klarowniej, gdyby świeciło słonko i było bezchmurnie.

Siedem cudów w Fore

W północnej części hrabstwa Westmeath, w zacisznej i spokojnej dolinie,5 kilometrów od małej miejscowości Castlepollard, tuż przed jeszcze mniejszą wioską Fore, rozproszone są bardzo interesujące obiekty. Najstarszy sięga 7 wieku naszej ery, inne nieco młodsze wniesione zostały w wieku 13 i 15. Miejsce to kipi historią i kusi odwiedzających wspaniałym, relaksującym krajobrazem.

Wszystko zaczęło się w 630 roku. Święty Fechin był założycielem pierwszego w tym miejscu Klasztoru (St.Fechin’s Church). Stoi sobie on na górce, tuż przy drodze, otoczony starymi grobami. Do środka tego kościółka wchodzi się przez małe, charakterystyczne wejście, podobno Święty Fechin poprzez swoje modlitwy uniósł w górę kilkutonowy głaz, który utworzył masywne nadproże kościoła. Widnieje na nim wyryty grecki krzyż w okręgu, zwrócić należy także na małą postać siedzącego mnicha, wyrzeźbionego na łuku prezbiterium. Najlepsze jest to, że pomimo moich usilnych starań, nie potrafiłem zlokalizować tego mnicha. Obchodziłem budowlę dookoła, sprawdzałem wszystko w środku i nic.

Clonmancoise

Irlandia to kraj katolicki. Jedyny taki na Wyspach Brytyjskich, można tu spotkać niezliczoną ilość celtyckich krzyży, mnóstwo nastrojowych i bardzo starych kościołów oraz miejsca podobne do tego, które udało nam się odwiedzić w drodze powrotnej z Birr. Moja wiedza o nim była raczej powierzchowna, czerpałem ją z przewodników ale to wystarczyło abym chciał się tam znaleźć. Okazja pojawiła się dosyć przypadkowo i grzechem byłoby z niej nie skorzystać…

Poprawiony: czwartek, 07 października 2010 20:12

Birr Castle

O miejscu docelowym myślałem już wcześniej parokrotnie, byli tam moi znajomi, ja sam nie raz natrafiałem o nim w rozmaitych przewodnikach, więc postanowiłem, że rodzina Wróblowatych też tam prędzej czy później zawita. Jak wiadomo aby wyjazd był udany i satysfakcjonujący musi być w miarę ciepło i przede wszystkim nie powinno padać. Jako, że w Irlandii bywa z tym na prawdę różnie, więc gdy aura sprzyja trzeba ją bezwzględnie wykorzystać. Mieliśmy to szczęście, że dzień naszego wyjazdu był cieplutki, praktycznie bezwietrzny i bardzo słoneczny. Na rodzinny wypad lepiej być nie może.

Przylądek Glencolumbkille

Opuszczaliśmy klify spełnieni i gotowi na dalszą przygodę. Studiując mapę wymyśliliśmy sobie, że znajdziemy pewien Dolmen, znajdujący się w połudiowo-zachodniej części przylądka Glencolumbkille. Wróciliśmy do wsi Carrick, dalej w lewo, drogą R263 w kierunku Glencolumbkille. Jechaliśmy tyłem Slieve League, dookoła nie było praktycznie żadnych drzew, w nielicznych miejscach wyrastały jakieś niskie krzewy, za to pod dostatkiem było torfowisk. Co chwila poletka torfu, torfu wyzbieranego, poukładanego na kupki i gotowego do wyjazdu. Teren tutaj był rozległy, falujący, dziki i nieprzyjazny do jakiejkolwiek roli, trawa koloru brunatno-zielonego, z licznie wystającymi skałami, w niektórych miejscach małe jeziorka i owce, próbujące najeść się i odpocząć. W okolicach Meenavaghran zjechaliśmy na lokalną drogę, prowadzącą do Malin More, gdzieś na tej drodze miałbyć nasz Dolmen. Tak jak przed momentem krajobraz był surowy, tak teraz nieoczekiwanie przeszedł w piękną, zieloną dolinę. Były już tutaj domostwa, nie gęsto posiane, jedno od drug iego co najmniej o kilkadziesiąt metrów, jednak ludzi jak na lekarstwo. Królowała cisza, spokój i harmonia. Jechaliśmy powolutku i staraliśmy się zlokalizować nasz cel, przejechaliśmy wzdłóż całą drogę aż do wyjazdu na Malin More ale dolmenu ani widu. Postanowiliśmy zaczerpnąć informacji w okolicznym centrum turystycznym. Z mapą i językiem w ustach poszedłem się zapytać. Miła pani, swoją specyficzną angielszczyzną, pomieszaną z językiem gaelickim próbowała nam wytłumaczyć i pokazała miejsce z dolmenem. Tyle, że z innym, nie z tym którego szukaliśmy...


W tym centrum turystycznym znajdował się duży sklep z pamiątkami i lokalnymi wyrobami, niektóre rzeczy były naprawdę ładne i interesujące, jednak ich cena skutecznie odstraszała… Podziękowaliśmy ślicznie i pojechaliśmy do wskazanego miejsca. Odszukaliśmy Dolmen wśród rozrzuconych innych głazów i kamieni, nie był on wielki ale mogliśmy zauważyć kształty. Generalnie najlepiej zachowane Dolmeny powinny być wtedy, kiedy stoją sobie dumnie przez tysiące lat, nie dotykane przez nikogo i najlepiej gdy są sporych rozmiarów. Nasz, niestety wielki nie był i w dodatku z jednej strony stał sobie podparty na kilku kamieniach i raczej pewne jest, że zostały one przez kogoś tam podrzucone. Ale, że był to mój pierwszy, na żywo widziany dolmen, toteż przebaczyłem mu to (że lekko go zdeformowało) i byłem widokiem zadowolony. Ogólnie teren wokół dolmena był otoczony małym murkiem, tworząc krąg i wywnioskowaliśmy, że w przeszłości było to miejsce religijnego kultu. Pooglądaliśmy wszystko i wróciliśmy do auta.

Jako, że nie odnaleźliśmy tego czego szukaliśmy postanowiliśmy dalej penetrować okolicę. Podjechaliśmy kawałeczek i zatrzymaliśmy się pod bardzo fajnym, przeze mnie pierwszy raz widzianym na żywo, domem. Był on z kamienia, z nieociosanych kamieni różnej wielkości, od zupełnie malutkich do większych a wszystko dopasowane w taki sposób, że utworzyły drzwi, okna i ogólny kształt domu. Nie wiem ale chyba nie było tam cementu ani żadnej zaprawy, która mogła by scalić wszystkie ściany. Nie wiem też ile lat mógł mieć ten dom, pewnie sporo, jednak w tych okolicach jakiś czas temu i to wcale nie odległy czas budowano w taki sposób domy. Nigdy nie było tu bogato, każdy radził sobie jak mógł a do wznoszenia budynków stosowano kamienie, których było i w sumie dalej jest pod dostatkiem. Zostawiliśmy domek i zaczęliśmy się wspinać pod górę, oczywiście cały czas mając na celu nasz dolmen. Weszliśmy wyżej i co prawda dalej nie udało nam się znaleźć prehistorycznej budowli megalitycznej ale za to podziwialiśmy wspaniały widok doliny oraz oceanu. Rzucało się w oczy rozsypanie domów po okolicy: wielkie połacie trawy, przeszytej gdzieniegdzie kamiennym murkiem, dom, kilkadziesiąt metrów kolejny, zero drzew, praktycznie w ogóle krzewów, tylko pastwiska, wzgórza i ocean… Zastanawialiśmy się jak Ci ludzie mogą tam żyć? Z czego oni tak naprawdę żyją? Albo turystyka, albo rolnictwo, nic innego nie wchodzi w grę. Kraina ta jest piękna, to nie ulega wątpliwości, kusi i przyciąga ale z drugiej strony dla mieszkańców już tak lekko i przyjemnie pewnie nie jest.

Dzikość i surowość sprawiają, że żyje się tam ciężko i po prostu trzeba walczyć aby przeżyć. Natura podarowała wspaniałe tereny, wspaniałe dla zmysłów ale bardzo trudne do okiełznania. Po ogarnięciu widoczków zeszliśmy na dół i tym razem postanowiliśmy zaczerpnąć informacji w którymś z okolicznych domostw. Pani, którą zaczepiliśmy i przywołaliśmy do płotu okazała się bardzo pomocna i wskazała nam drogę. Należało przejść przez podwórko innego domu, następnie pokonać płot oddzielający pastwisko, przejść parędziesiąt metrów i naszym oczom ukazało się skupisko kamieni. Niestety dolmen był przewrócony… Rozmiarowo świetny lecz kształt pokiereszowany. Musiał to być ten, którego szukaliśmy, bo mniej więcej pasowało na mapce no ale niestety jego lata świetności minęły. Zastanawialiśmy się troszkę jak mogło do tego dojść? Czy był to jakiś akt wandalizmu a może czas zrobił swoje i kamienie po prostu się zsunęły? No cóż raczej się tego nie dowiemy. Delikatnie rozczarowani wycofaliśmy się w kierunku naszego wozu, trzeba było jechać dalej bo jednak popołudnie było już późne a dość spory kawałek czekał nas aby dojechać do Longford.

Kawałeczek dalej z okien naszego samochodu spostrzegliśmy dolmen numer 3, jednak również był przewrócony więc nawet się do niego nie zbliżaliśmy. Dojechaliśmy do skrzyżowania gdzie droga R263 kierowała się na lewo do malutkiej mieścinki Malinmore, my skręciliśmy w prawo kierując się na Ardarę a konkretniej do szosy N56, którą mieliśmy dojechać do Donegalu a następnie kierować się w stronę Sligo i dalej już na Longford. Co dopiero wędrowaliśmy obok Dolmenów a tutaj natura zmusiła nas aby znowu wyjść z auta i podziwiać niesamowite wręcz widoki i krajobrazy. Nieopodal miejscowości Glencolumbkille zauważyliśmy niezwykle urokliwą zatokę, w której Ocean był dość niespokojny, fale rozbijały się o skały a wszystko to wieńczył wspaniały wręcz widok. Schodziło się w dół po bujnej i miękkiej trawie i dochodziło się do urwiska, które rozciągało się na spokojnie kilkaset metrów. Tuż obok pasły się owce, płynął strumyczek i szumiał wiaterek. Moglibyśmy tam siedzieć wiecznie lecz niestety trzeba było poruszać się naprzód. Pogoda wyklarowała się na dobre, poranna mgła była już tylko wspomnieniem, okolicę ogarnęły późno południowe promienie słońca, było bardzo przyjemnie, aż żal było stamtąd odjeżdżać. Przejechaliśmy kilka kilometrów i kolejna zatoczka zmusiła nas aby opuścić pojazd. Tym razem sporych rozmiarów fale przykuły naszą uwagę, wpływały mocno w piaszczystą plażę, z jednej strony walczyły z wielką skałą, na którą się wdrapałem i stamtąd obserwowałem ocean oraz nieliczne domki rozsiane po okolicznych wzgórzach.

Pobyliśmy tam niedługą chwilę i ruszyliśmy dalej. Jak to wcześniej bywało nie przejechaliśmy dużo i znów się zatrzymaliśmy. Tym razem naszą uwagę przykuł Ludowy Skansen (Skansen McDyera,www.glenfolkvillage.com) w którym znajdowało się kilka  chałup z dawnej epoki. Domki były białe i miały dachy ze słomy.  Nie wchodziliśmy na teren Skansenu ze względu na to, że był on zamknięty, pooglądaliśmy z drogi, zrobiliśmy trochę fotografii. Specyficzną atrakcją wsi (Glencolumbkille), znana na całym świecie jest Oideas Gael ( www.oideas-gael.com) to organizacja zajmująca się propagowaniem języka irlandzkiego, organizująca bardzo popularne letnie kursy, także muzyki i malarstwa, oraz archeologii i turystyki zajęcia przeprowadzane są w okolicy. Ośrodek, który znajduje się nieopodal skansenu oferuje nie tylko zajęcia specjalistyczne, ale dość bogatą księgarnię z wydawnictwami poświęconymi Irlandii i językowi irlandzkiemu.

No cóż, nasza podróż zaczęła chylić się ku końcowi. Wyjechaliśmy z tej słynnej wsi, która dała nazwę przylądkowi (a może na odwrót?)  z postanowieniem, że nie zatrzymujemy się więcej po drodze. Po minięciu kilku małych wiosek, cały czas w towarzystwie ładnych widoczków dotarliśmy do głównej drogi, którą to już w znacznie szybszym tempie poruszaliśmy się na przód. Po 100 kilometrach  i 1,5 godziny jazdy byliśmy już w Sligo. Właśnie wtedy, gdy słoneczko chowało się do spania, ślicznie oświetlając ziemię, podziwialiśmy Benbulben - słynną górę nieopodal Sligo. Po kolejnych 100 kilometrach dotarliśmy do Longford. Zmęczeni, brudni, spragnieni gorącej kąpieli ale niezmiernie szczęśliwi, że mogliśmy odkryć tak wspaniałe miejsca.

Właśnie wtedy, 25 maja 2009 roku zakończyliśmy kilkudniowe podróżowanie i zwiedzanie Irlandii. Zaczęło się w Trim, następnie był Zachód kraju, Galway, niesamowita Connemara, zjawiskowe Cong i Ashford Castle i na koniec Urwiska Slieve League oraz gaelickie Glencolumbkille. Przejechaliśmy w sumie około 1100 kilometrów, przesiedzieliśmy w aucie dobre kilkanaście godzin podczas jazdy ( + przespana nocka w Clifden), zatrzymywaliśmy się, podziwiając wspaniałe krajobrazy z kilkadziesiąt razy i ogólnie odwaliliśmy kawał dobrej roboty! Mam nadzieję, że zarówno ten opis jak i wszystkie wcześniejsze przybliżą wszystkim Irlandię, zachęcą do jej zwiedzania i pomogą podczas ewentualnych podróży. Dziękuję za poświęcony czas i oczywiście zapraszam na kolejne relacje, którę będą się tu z czasem na pewno pojawiały.

 

Więcej zdjęć można znaleźć na stronie internetowej: www.wrobels.pl

Adrian "Ćwirek" Wróbel

 

 

Poprawiony: czwartek, 10 czerwca 2010 08:14

Urwiska Slieve League - niesamowite miejsce!

Z Killybegs podążyliśmy nieśpiesznie na zachód, mijaliśmy kolejne malutkie mieścinki aż po około 16 kilometrach dojechaliśmy do wsi Carrick. Tam odnajdujemy drogowskaz na Teelin, prowadzi doń lokalna, wąska droga.

3 kilometrowy odcinek pokonaliśmy w mig i odnaleźliśmy kolejny drogowskaz informujący nas o klifach: Bunglass: The Cliffs. Podjechaliśmy jeszcze może z 2 kilometry i zatrzymaliśmy się na małym parkingu, u podnóża góry. I w tym momencie ogarnęło mnie niesamowite zwątpienie… Wspominałem na początku, że gdy wyruszaliśmy z Longford pogoda nie była najlepsza. Pochmurnie, praktycznie cały czas padało, calutką drogę do Donegal siąpił deszcz. Nawet w Killybegs nie było zbyt optymistycznie ale cały czas mieliśmy nadzieję, że być może na klifach się zmieni? Oczywiście świeżo w pamięci mieliśmy nasz nieudany, ze względu właśnie na pogodę, wyjazd na Klify Moheru, jednak nie dopuszczaliśmy myśli, że taka sytuacja może się powtórzyć. I na małym parkingu, rzut beretem od największych, europejskich klifów sytuacja niestety była identyczna. Mgła jak mleko, czyli nici z upajania się widokami. No ale skoro już się tam znaleźliśmy to postanowiliśmy, mimo wszystko do tych klifów dojechać. Wpierw chcieliśmy dotrzeć na nie pieszo ale na szczęście zdecydowaliśmy się wjechać tam autem. Jechaliśmy bardzo wąską, momentami dość stromą drogą, która wiła się niczym wąż wokół skalnych żeber. Na szczęście nie mijaliśmy się z żadnym innym samochodem, gdyż minięcie byłoby niemożliwe, na całym odcinku jest tylko parę miejsc, przez które mogą przejechać dwa samochody równocześnie. Wjechaliśmy na samą górę i stał się cud. Mgła niemalże w momencie zniknęła, jeszcze kilkadziesiąt metrów od celu była aż tu nagle myk! nie ma. Poczułem wielka ulgę, uśmiechnąłem się od ucha do ucha i nabrałem nowych chęci. 

Jestesmy na Facebooku

Prognoza pogody:

kliknij w obrazek aby zobaczyć szczegóły

 

Statystyki Galway.pl

1'449 osób średnio odwiedza nas codziennie
44'025 osób średnio odwiedza nas miesięcznie
5 min i 52 sec średnio użytkownik spędza na naszej stronie

zainteresowany reklamą? kliknij tutaj <-

Użytkownicy online

Naszą witrynę przegląda teraz 229 gości