Turystyka

Clonmancoise

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

 

Irlandia to kraj katolicki. Jedyny taki na Wyspach Brytyjskich, można tu spotkać niezliczoną ilość celtyckich krzyży, mnóstwo nastrojowych i bardzo starych kościołów oraz miejsca podobne do tego, które udało nam się odwiedzić w drodze powrotnej z Birr. Moja wiedza o nim była raczej powierzchowna, czerpałem ją z przewodników ale to wystarczyło abym chciał się tam znaleźć. Okazja pojawiła się dosyć przypadkowo i grzechem byłoby z niej nie skorzystać…

Poprawiony: wtorek, 24 sierpnia 2010 08:06

Birr Castle

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

O miejscu docelowym myślałem już wcześniej parokrotnie, byli tam moi znajomi, ja sam nie raz natrafiałem o nim w rozmaitych przewodnikach, więc postanowiłem, że rodzina Wróblowatych też tam prędzej czy później zawita. Jak wiadomo aby wyjazd był udany i satysfakcjonujący musi być w miarę ciepło i przede wszystkim nie powinno padać. Jako, że w Irlandii bywa z tym na prawdę różnie, więc gdy aura sprzyja trzeba ją bezwzględnie wykorzystać. Mieliśmy to szczęście, że dzień naszego wyjazdu był cieplutki, praktycznie bezwietrzny i bardzo słoneczny. Na rodzinny wypad lepiej być nie może.

Przylądek Glencolumbkille

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Opuszczaliśmy klify spełnieni i gotowi na dalszą przygodę. Studiując mapę wymyśliliśmy sobie, że znajdziemy pewien Dolmen, znajdujący się w połudiowo-zachodniej części przylądka Glencolumbkille. Wróciliśmy do wsi Carrick, dalej w lewo, drogą R263 w kierunku Glencolumbkille. Jechaliśmy tyłem Slieve League, dookoła nie było praktycznie żadnych drzew, w nielicznych miejscach wyrastały jakieś niskie krzewy, za to pod dostatkiem było torfowisk. Co chwila poletka torfu, torfu wyzbieranego, poukładanego na kupki i gotowego do wyjazdu. Teren tutaj był rozległy, falujący, dziki i nieprzyjazny do jakiejkolwiek roli, trawa koloru brunatno-zielonego, z licznie wystającymi skałami, w niektórych miejscach małe jeziorka i owce, próbujące najeść się i odpocząć. W okolicach Meenavaghran zjechaliśmy na lokalną drogę, prowadzącą do Malin More, gdzieś na tej drodze miałbyć nasz Dolmen. Tak jak przed momentem krajobraz był surowy, tak teraz nieoczekiwanie przeszedł w piękną, zieloną dolinę. Były już tutaj domostwa, nie gęsto posiane, jedno od drug iego co najmniej o kilkadziesiąt metrów, jednak ludzi jak na lekarstwo. Królowała cisza, spokój i harmonia. Jechaliśmy powolutku i staraliśmy się zlokalizować nasz cel, przejechaliśmy wzdłóż całą drogę aż do wyjazdu na Malin More ale dolmenu ani widu. Postanowiliśmy zaczerpnąć informacji w okolicznym centrum turystycznym. Z mapą i językiem w ustach poszedłem się zapytać. Miła pani, swoją specyficzną angielszczyzną, pomieszaną z językiem gaelickim próbowała nam wytłumaczyć i pokazała miejsce z dolmenem. Tyle, że z innym, nie z tym którego szukaliśmy...


W tym centrum turystycznym znajdował się duży sklep z pamiątkami i lokalnymi wyrobami, niektóre rzeczy były naprawdę ładne i interesujące, jednak ich cena skutecznie odstraszała… Podziękowaliśmy ślicznie i pojechaliśmy do wskazanego miejsca. Odszukaliśmy Dolmen wśród rozrzuconych innych głazów i kamieni, nie był on wielki ale mogliśmy zauważyć kształty. Generalnie najlepiej zachowane Dolmeny powinny być wtedy, kiedy stoją sobie dumnie przez tysiące lat, nie dotykane przez nikogo i najlepiej gdy są sporych rozmiarów. Nasz, niestety wielki nie był i w dodatku z jednej strony stał sobie podparty na kilku kamieniach i raczej pewne jest, że zostały one przez kogoś tam podrzucone. Ale, że był to mój pierwszy, na żywo widziany dolmen, toteż przebaczyłem mu to (że lekko go zdeformowało) i byłem widokiem zadowolony. Ogólnie teren wokół dolmena był otoczony małym murkiem, tworząc krąg i wywnioskowaliśmy, że w przeszłości było to miejsce religijnego kultu. Pooglądaliśmy wszystko i wróciliśmy do auta.

Jako, że nie odnaleźliśmy tego czego szukaliśmy postanowiliśmy dalej penetrować okolicę. Podjechaliśmy kawałeczek i zatrzymaliśmy się pod bardzo fajnym, przeze mnie pierwszy raz widzianym na żywo, domem. Był on z kamienia, z nieociosanych kamieni różnej wielkości, od zupełnie malutkich do większych a wszystko dopasowane w taki sposób, że utworzyły drzwi, okna i ogólny kształt domu. Nie wiem ale chyba nie było tam cementu ani żadnej zaprawy, która mogła by scalić wszystkie ściany. Nie wiem też ile lat mógł mieć ten dom, pewnie sporo, jednak w tych okolicach jakiś czas temu i to wcale nie odległy czas budowano w taki sposób domy. Nigdy nie było tu bogato, każdy radził sobie jak mógł a do wznoszenia budynków stosowano kamienie, których było i w sumie dalej jest pod dostatkiem. Zostawiliśmy domek i zaczęliśmy się wspinać pod górę, oczywiście cały czas mając na celu nasz dolmen. Weszliśmy wyżej i co prawda dalej nie udało nam się znaleźć prehistorycznej budowli megalitycznej ale za to podziwialiśmy wspaniały widok doliny oraz oceanu. Rzucało się w oczy rozsypanie domów po okolicy: wielkie połacie trawy, przeszytej gdzieniegdzie kamiennym murkiem, dom, kilkadziesiąt metrów kolejny, zero drzew, praktycznie w ogóle krzewów, tylko pastwiska, wzgórza i ocean… Zastanawialiśmy się jak Ci ludzie mogą tam żyć? Z czego oni tak naprawdę żyją? Albo turystyka, albo rolnictwo, nic innego nie wchodzi w grę. Kraina ta jest piękna, to nie ulega wątpliwości, kusi i przyciąga ale z drugiej strony dla mieszkańców już tak lekko i przyjemnie pewnie nie jest.

Dzikość i surowość sprawiają, że żyje się tam ciężko i po prostu trzeba walczyć aby przeżyć. Natura podarowała wspaniałe tereny, wspaniałe dla zmysłów ale bardzo trudne do okiełznania. Po ogarnięciu widoczków zeszliśmy na dół i tym razem postanowiliśmy zaczerpnąć informacji w którymś z okolicznych domostw. Pani, którą zaczepiliśmy i przywołaliśmy do płotu okazała się bardzo pomocna i wskazała nam drogę. Należało przejść przez podwórko innego domu, następnie pokonać płot oddzielający pastwisko, przejść parędziesiąt metrów i naszym oczom ukazało się skupisko kamieni. Niestety dolmen był przewrócony… Rozmiarowo świetny lecz kształt pokiereszowany. Musiał to być ten, którego szukaliśmy, bo mniej więcej pasowało na mapce no ale niestety jego lata świetności minęły. Zastanawialiśmy się troszkę jak mogło do tego dojść? Czy był to jakiś akt wandalizmu a może czas zrobił swoje i kamienie po prostu się zsunęły? No cóż raczej się tego nie dowiemy. Delikatnie rozczarowani wycofaliśmy się w kierunku naszego wozu, trzeba było jechać dalej bo jednak popołudnie było już późne a dość spory kawałek czekał nas aby dojechać do Longford.

Kawałeczek dalej z okien naszego samochodu spostrzegliśmy dolmen numer 3, jednak również był przewrócony więc nawet się do niego nie zbliżaliśmy. Dojechaliśmy do skrzyżowania gdzie droga R263 kierowała się na lewo do malutkiej mieścinki Malinmore, my skręciliśmy w prawo kierując się na Ardarę a konkretniej do szosy N56, którą mieliśmy dojechać do Donegalu a następnie kierować się w stronę Sligo i dalej już na Longford. Co dopiero wędrowaliśmy obok Dolmenów a tutaj natura zmusiła nas aby znowu wyjść z auta i podziwiać niesamowite wręcz widoki i krajobrazy. Nieopodal miejscowości Glencolumbkille zauważyliśmy niezwykle urokliwą zatokę, w której Ocean był dość niespokojny, fale rozbijały się o skały a wszystko to wieńczył wspaniały wręcz widok. Schodziło się w dół po bujnej i miękkiej trawie i dochodziło się do urwiska, które rozciągało się na spokojnie kilkaset metrów. Tuż obok pasły się owce, płynął strumyczek i szumiał wiaterek. Moglibyśmy tam siedzieć wiecznie lecz niestety trzeba było poruszać się naprzód. Pogoda wyklarowała się na dobre, poranna mgła była już tylko wspomnieniem, okolicę ogarnęły późno południowe promienie słońca, było bardzo przyjemnie, aż żal było stamtąd odjeżdżać. Przejechaliśmy kilka kilometrów i kolejna zatoczka zmusiła nas aby opuścić pojazd. Tym razem sporych rozmiarów fale przykuły naszą uwagę, wpływały mocno w piaszczystą plażę, z jednej strony walczyły z wielką skałą, na którą się wdrapałem i stamtąd obserwowałem ocean oraz nieliczne domki rozsiane po okolicznych wzgórzach.

Pobyliśmy tam niedługą chwilę i ruszyliśmy dalej. Jak to wcześniej bywało nie przejechaliśmy dużo i znów się zatrzymaliśmy. Tym razem naszą uwagę przykuł Ludowy Skansen (Skansen McDyera,www.glenfolkvillage.com) w którym znajdowało się kilka  chałup z dawnej epoki. Domki były białe i miały dachy ze słomy.  Nie wchodziliśmy na teren Skansenu ze względu na to, że był on zamknięty, pooglądaliśmy z drogi, zrobiliśmy trochę fotografii. Specyficzną atrakcją wsi (Glencolumbkille), znana na całym świecie jest Oideas Gael ( www.oideas-gael.com) to organizacja zajmująca się propagowaniem języka irlandzkiego, organizująca bardzo popularne letnie kursy, także muzyki i malarstwa, oraz archeologii i turystyki zajęcia przeprowadzane są w okolicy. Ośrodek, który znajduje się nieopodal skansenu oferuje nie tylko zajęcia specjalistyczne, ale dość bogatą księgarnię z wydawnictwami poświęconymi Irlandii i językowi irlandzkiemu.

No cóż, nasza podróż zaczęła chylić się ku końcowi. Wyjechaliśmy z tej słynnej wsi, która dała nazwę przylądkowi (a może na odwrót?)  z postanowieniem, że nie zatrzymujemy się więcej po drodze. Po minięciu kilku małych wiosek, cały czas w towarzystwie ładnych widoczków dotarliśmy do głównej drogi, którą to już w znacznie szybszym tempie poruszaliśmy się na przód. Po 100 kilometrach  i 1,5 godziny jazdy byliśmy już w Sligo. Właśnie wtedy, gdy słoneczko chowało się do spania, ślicznie oświetlając ziemię, podziwialiśmy Benbulben - słynną górę nieopodal Sligo. Po kolejnych 100 kilometrach dotarliśmy do Longford. Zmęczeni, brudni, spragnieni gorącej kąpieli ale niezmiernie szczęśliwi, że mogliśmy odkryć tak wspaniałe miejsca.

Właśnie wtedy, 25 maja 2009 roku zakończyliśmy kilkudniowe podróżowanie i zwiedzanie Irlandii. Zaczęło się w Trim, następnie był Zachód kraju, Galway, niesamowita Connemara, zjawiskowe Cong i Ashford Castle i na koniec Urwiska Slieve League oraz gaelickie Glencolumbkille. Przejechaliśmy w sumie około 1100 kilometrów, przesiedzieliśmy w aucie dobre kilkanaście godzin podczas jazdy ( + przespana nocka w Clifden), zatrzymywaliśmy się, podziwiając wspaniałe krajobrazy z kilkadziesiąt razy i ogólnie odwaliliśmy kawał dobrej roboty! Mam nadzieję, że zarówno ten opis jak i wszystkie wcześniejsze przybliżą wszystkim Irlandię, zachęcą do jej zwiedzania i pomogą podczas ewentualnych podróży. Dziękuję za poświęcony czas i oczywiście zapraszam na kolejne relacje, którę będą się tu z czasem na pewno pojawiały.

 

Więcej zdjęć można znaleźć na stronie internetowej: www.wrobels.pl

Adrian "Ćwirek" Wróbel

 

 

Poprawiony: czwartek, 10 czerwca 2010 08:14

Urwiska Slieve League - niesamowite miejsce!

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Z Killybegs podążyliśmy nieśpiesznie na zachód, mijaliśmy kolejne malutkie mieścinki aż po około 16 kilometrach dojechaliśmy do wsi Carrick. Tam odnajdujemy drogowskaz na Teelin, prowadzi doń lokalna, wąska droga.

3 kilometrowy odcinek pokonaliśmy w mig i odnaleźliśmy kolejny drogowskaz informujący nas o klifach: Bunglass: The Cliffs. Podjechaliśmy jeszcze może z 2 kilometry i zatrzymaliśmy się na małym parkingu, u podnóża góry. I w tym momencie ogarnęło mnie niesamowite zwątpienie… Wspominałem na początku, że gdy wyruszaliśmy z Longford pogoda nie była najlepsza. Pochmurnie, praktycznie cały czas padało, calutką drogę do Donegal siąpił deszcz. Nawet w Killybegs nie było zbyt optymistycznie ale cały czas mieliśmy nadzieję, że być może na klifach się zmieni? Oczywiście świeżo w pamięci mieliśmy nasz nieudany, ze względu właśnie na pogodę, wyjazd na Klify Moheru, jednak nie dopuszczaliśmy myśli, że taka sytuacja może się powtórzyć. I na małym parkingu, rzut beretem od największych, europejskich klifów sytuacja niestety była identyczna. Mgła jak mleko, czyli nici z upajania się widokami. No ale skoro już się tam znaleźliśmy to postanowiliśmy, mimo wszystko do tych klifów dojechać. Wpierw chcieliśmy dotrzeć na nie pieszo ale na szczęście zdecydowaliśmy się wjechać tam autem. Jechaliśmy bardzo wąską, momentami dość stromą drogą, która wiła się niczym wąż wokół skalnych żeber. Na szczęście nie mijaliśmy się z żadnym innym samochodem, gdyż minięcie byłoby niemożliwe, na całym odcinku jest tylko parę miejsc, przez które mogą przejechać dwa samochody równocześnie. Wjechaliśmy na samą górę i stał się cud. Mgła niemalże w momencie zniknęła, jeszcze kilkadziesiąt metrów od celu była aż tu nagle myk! nie ma. Poczułem wielka ulgę, uśmiechnąłem się od ucha do ucha i nabrałem nowych chęci. 

Killybegs - Najważniejszy port w Irlandii

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

O północnej części Irlandii myślałem już wcześniej parokrotnie. Nigdy jakoś nie było okazji tam pojechać, zawsze woleliśmy odwiedzić inne zakątki Wyspy. Północ była tak troszkę w poczekalni, czekała na swoją kolej i pewne było, że prędzej czy później się tam znajdę. Dotychczas najdalej w tym kierunku udało nam się dojechać do Sligo, tym razem zależało nam na konkretniejszym poznaniu jeszcze dalej położonych terenów. Mowa o Donegal, najbardziej wysuniętym na północ i odosobnionym hrabstwie republiki. Mieliśmy na to 1 dzień, musieliśmy się zdecydować, którą część hrabstwa Donegal będziemy drążyć. W związku z ograniczonym jednak czasem, postanowiliśmy nie zapuszczać się za daleko.Tylko do Sligo droga zajmuje nam ponad godzinę, a trzeba jeszcze dotrzeć do Donegalu, od którego tak naprawdę zaczyna się przygoda. Tak więc plan był taki aby ten zakątek Irlandii poznać w miarę dokładnie, oczywiście na tyle dokładnie, na ile pozwalałby nam na to czas. Trzeba było wybrać obszar, który zawierałby w sobie ciekawe miejsca, obszar niezbyt rozległy, przez który moglibyśmy stosunkowo szybko się przemieszczać. Padło na Półwysep Glencolumbkille, znajdujący się na zachód od miasta Donegal. Głównym punktem, do którego bezwzględnie chcieliśmy dotrzeć, który miał być celem nadrzędnym naszej podróży były urwiska Slieve League.

W drodze do Cong....

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Wyjeżdżając z Parku Narodowego Connemara jedzie się około 2 kilometry drogą N59 na wschód i dojeżdża się do Kyllemore Abbey, opactwa położonego nad Pollacappul Lough. Nie wchodziliśmy do środka, podziwialiśmy stylową budowlę z odległości może 200 metrów, robiąc przy tym zdjęcia. Majestatyczny gmach jest spory, nawet bardzo, jednak na tle zalesionej góry wydaje się być lilipucią makietą.

Páirc Naisiúnta Chonamara

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

W momencie obudzenia się dnia następnego przeżyłem niemały szok… Deszcz atakował wściekle ze wszystkich stron, było szaro, pochmurnie, wietrznie, bez żadnych objawów na poprawę pogody. Przyznam szczerze, że przez głowę przewijały się myśli aby wrócić do Longford. Na szczęście tego nie uczyniliśmy…

Plan był taki aby wejść do ,,Connemara National Park’’, następnie poprzez północną cześć Connemary, w towarzystwie oszałamiających masywów górskich Twelve Bens i Maumturk, dolin, rzek i torfowisk udać się do małej miejscowości Cong, a konkretnie do Ashford Castle. Clifden opuściliśmy w deszczu, realizując wcześniej wymyślony plan. Delikatnie przytłumieni aurą najpierw zatrzymaliśmy się na trasie, nieopodal jednego z torfowisk a następnie przejechawszy kilka kilometrów zrobiliśmy sobie krótki postój w Letterfrack.

Przejechać przez Connemarę...

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

To miała być esencja naszych majowych wojaży po ciekawych miejscach Irlandii. Plany i pomysły, które narodziły się w mojej głowie i które zakładały, że odwiedzimy parę miejsc, ustawiały Connemarę na 1 miejscu, jako główny gwóźdź wycieczkowego programu.

Nasz romans z nastrojową Connemarą zaczął się 2 lata wcześniej. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia i wiedziałem, że będą tam powracał jak najczęściej będzie to tylko możliwe. I że zabiorę tam każdego, kto ma ochotę na spotkanie z niemal nieokiełznaną dzikością, na niezapomniane pejzaże, na ucieczkę od otaczającej codzienności. Jak by na to nie patrzeć, wyjazd na Klify Moheru okazał się nie udany.

Moment w Gaillimh...

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Podobno Galway należy do najdynamiczniej rozwijających się miast Irlandii w ostatnim 20-leciu. Czy jest to prawdą? Nie żyję tam na co dzień, więc nie mogę tego w 100% potwierdzić. Ale będąc tam przelotnie, wystarczy 1 dzionek, krótka wizyta i można odczuć, że miasto żyje. Ulice niczym tętnice przepompowują przez siebie tysiące ludzi, setki samochodów jadą w swoją stronę, Galway intensywnie oddycha od świtu do zmierzchu.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:53

Wyspy Aran - wrażenia Iwy

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Witam, wakacje 2006,2007 spędzałam w Galway. Od prawie 3 lat mieszka tam i pracuje moja córka. Byłam zauroczona samym miastem, a wyspy..wow!! W lipcu 2006r.wyjazdowi na Arany towarzyszyła piękna, słoneczna pogoda (rzadkość w Irlandii). Spędziliśmy na Wyspach 4 godz. chodząc wraz z córką i synem po drogach i dróżkach. Urokliwe "kamienne płoty" przykuwały moją uwagę, ich kunsztowne budowanie, aż musiałam dotknąć z jaką mocą przylegają do siebie te kamienie, że nawet silne wiatry wiejące znad oceanu, nie dają im rady.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:55

Atakujemy zachód

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Jeśli wziąć pod lupę ruchy turystyczne na Zielonej Wyspie to przeważająca cześć turystów udaje się na Zachód kraju. Spragnieni prawdziwej, starej Irlandii, rozśpiewanych i rozgadanych pubów, efektownych wybrzeży czy też dzikich i zapierających dech w piersiach krajobrazów, wybierają hrabstwa Connachtu. Mój kontakt z Zachodem rozpoczął się w końcówce 2005 roku i krótkiej wizycie w Galway.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:54

Cong Abbey, Ashford Castle

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Wjeżdżając do Cong chcieliśmy jak najprędzej odnaleźć Ashford Castle. Na szczęście od razu się to nie udało. Na pierwszy ogień, jakgdyby przystawka do głównego dania, poszły ruiny, na które przypadkiem natrafiliśmy.

7-wieczne Opactwo…

Cong Abbey to Opactwo, które powstało na początku 7 wieku, zalożone przez św. Feichina. W 12 wieku zostało strawione przez pożar i dopiero w 1135 roku zostało odbudowane przez Wysokiego Króla Irlandii Turlougha Mor O’Connora.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:48

Trim Castle

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Przesycony był ten mój majowy urlop sporą ilością podróży i zwiedzania Zielonej Wyspy. Niektóre miejsca moje oczy widziały raz kolejny, z innymi miał miejsce całkowity debiut. Wyprawy mogły się odbyć również dlatego, że odwiedził nas Daniel, brat Eweliny i mój szwagier, rzecz jasna. Jako, że Irlandia krajem do zwiedzania bardzo wdzięcznym jest, toteż postanowiliśmy pokonać ponad 1000 mil, w celu bliższego zapoznania Wyspy. Ale może od początku… Na pierwszy ogień poszło TRIM. Niespełna 7 tysięczne miasteczko, znające jeszcze czasy Średniowiecza samo w sobie nie jest jakoś szczególnie urokliwe, ale ma coś, co czyni go wyjątkowym w całym kraju. Wyruszyliśmy z Longford w kierunku Dublina drogą N4, po około 40 kilometrach minęliśmy Mullingar i dalej na wschód dojechaliśmy do autostrady płatnej M4.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:56

Ballina, Killala, Inishcrone

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Ballina (irl. Béal an Áthalub Béal Átha an Fheadha) jest drugim co do wielkości miastem w hrabstwie Mayo. Położone u ujścia rzeki Moy, w pobliżu północnego wybrzeża prowincji Connacht. Na chwilę obecną liczy 10409 mieszkańców. W mieście znajduje się szereg zabytków, takich jak opactwo Moyne z XV w. oraz katedra św. Muredacha, której budowa rozpoczęła się w 1827 r. Niedaleko miasta znajduje się dolmen (przedhistoryczna budowla megalityczna o charakterze grobowca), data jego ustawienia szacowana jest na rok 2000 p.n.e. Mnie osobiście Ballina nie rzuciła na kolana, mówię tutaj ogólnie o centrum miasta, budynkach, drogach… Dało się znaleźć miejsca bardziej nasiąknięte pozytywnymi emocjami, takie jak okoliczny park/las nad ujściem rzeki Moy.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:57

Lough Key Forest Park

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Dość nieoczekiwanie znaleźliśmy miejsce, które nas porwało swoim urokiem. Co prawda pomieszane jest ono nowoczesnością i legendami z czasów bardzo odległych ale zrobione jest to w taki sposób, że spodoba się każdemu. Ale może od początku… Wtorek, ostatniego dnia marca roku 2009 rozpoczął się bardzo przyjemnie jak na tutejsze, kapryśne warunki pogodowe. Słoneczko, delikatne chmurki i ciepło. Dla rodziny Wróblowatych zadziałało to jak płachta na byka. Po szybkiej naradzie ze współlokatorami postanowiliśmy wyruszyć w podróż, odprężyć się, pooddychać świeżym powietrzem i zobaczyć coś nowego. A więc Victoria,Ewelina i Adrian w jednym aucie, z kolei Klaudia, Iwona, Beata (nasz gość, siostra Iwony) i Marcin w drugim.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:57

Tajemniczy ogród nad brzegiem Lough Rinn

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Na irlandzkim niebie od 17 marca ciężko uraczyć deszczowe chmury. Ba, nawet nie-deszczowe nie chcą się pojawiać. Panuje piękna, słoneczna pogoda i jest ciepło (przynajmniej w ciągu dnia). Cieszy nas to niezmiernie, toteż postanowiliśmy te piękne dni w jakiś należyty sposób wykorzystać. Wczoraj miałem wolne od pracy, więc nic mi czasu nie mąciło, niedawny St. Patrick’s Day niestety spożytkowany nie został należycie, tym razem nie było roboty, więc był spokój. ,,Uroczy dzionek, więc gdzieś musimy się wybrać’’ – taka oto myśl kłębiła się w naszych głowach. Kierunek, czy też cel naszej podróży narodził się po uprzedniej konsultacji Eweliny z naszą koleżanką Elwirą, która już tam wcześniej miała okazję być i bardzo jej się podobało. Wyruszyliśmy w składzie: Ewelina, Victoria oraz Gosia i Maks a także ja jako sterujący wozikiem.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:58

Strokestown Park i Muzeum Głodu

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Chciałbym przenieść Was do Strokestown, miasta w środkowej części Zielonej Wyspy. Znajduje się tam Irlandzkie Narodowe Muzeum Głodu (Irish National Famine Museum). Strokestown leży w hrabstwie Roscommon, 108 kilometrów na wschód od Galway. Mieści się tam Strokestown Park – nad wyraz dobrze zachowana Rezydencja z ponad 300 letnim stażem. Posiada ona rozległe Ogrody oraz wspomniane Muzeum Głodu, zorganizowane w dawnych stajniach. Planowaliśmy odwiedzić Strokestown Park już jakiś czas wcześniej. Udało się dopiero 18 kwietnia a to głównie dlatego, że w okresie zimowym jest tam zamknięte. Cieplutki, bezchmurny i słoneczny dzionek skusił nas do tego, aby zapakować się do samochodu i ruszyć w podróż. Już w Strokestown, znalazłszy się na terenie rezydencji, zaparkowaliśmy auto i poszliśmy kupić bilety. Wejściówki dla osoby dorosłej, na zwiedzanie głównego domu, ogrodów i muzeum głodu kosztują 12 euro. Mieliśmy na tyle szczęścia, że o godzinie 14:30 zaczynała się druga tego dnia wycieczka (pierwsza o 12:00) do wspomnianej rezydencji (domu). Można tam wejść tylko i wyłącznie z przewodnikiem i takie zwiedzanie trwa mniej więcej godzinę. Całość otwarta jest w godzinach 11:00-17:00 i w międzyczasie odwiedzający mogą się posilić w znajdującej się w objęciach posesji – jadłodajni.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:52

Park Lough Key

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Park Lough Key przez wiele stuleci intrygował ludzi swoimi pięknymi widokami, niespotykaną fauną i florą, historycznymi budynkami i malowniczymi wysepkami.

Piękny krajobraz charakteryzuje się bogatą historią sięgającą początków Neolitu i Ery Brązu (pozostałości osad) poprzez XII wieczne rządy klanu McDermott’ów aż po wiek XVIII, gdy ziemie parku zostały przyznane rodzinie Anglików. Królowie mieszkali w Rockingham, jak znany był ich zamek, aż do 1957 r. gdy to ogromny pożar zniszczył posiadłość, która we wczesnych latach siedemdziesiątych XX wieku została całkowicie zrównana z ziemią.

Poprawiony: wtorek, 16 lutego 2010 14:52

Zamek Ashford

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Położony kilkanaście kilometrów od Galway Zamek Ashford jest wspaniałym miejscem na ucieczkę od miejskiej rzeczywistości oraz relaks wśród zieleni otaczającej zabudowania zamkowe. Na odwiedzających zamek podróżnych czeka wiele atrakcji takich jak: podróż statkiem po jeziorze, pole golfowe, rozległe ogrody, hotel i restauracja zamkowa, czy też nastrojowa kawiarnia w typowej starej zabudowie irlandzkiej.

Galway w pigułce

FacebookTwitterDel.icio.usGoogle

Stara mapa GalwayNazwa Galway pochodzi prawdopodobnie od nazwy Galvia, który był księciem mitycznej krainy Fir Bolg. Książę ów utonął w rzece nazywanej wcześniej rzeką Galwey, a obecnie rzeką Corrib. Inna legenda mówi o tym, iż nazwa Galway wywodzi się z irlandzkiego Gaillimh co oznacza w staroirlandzkim cudzoziemca. , tak więc nazwa może oznaczać "miejsce cudzoziemców". Cudzoziemcami mogą być osadnicy anglo-normańscy, którzy przybyli tu w XIII w.

Poprawiony: poniedziałek, 26 lipca 2010 22:11

Strona 1 z 2

 

Statystyki Galway.pl

883 osób średnio odwiedza nas codziennie
27'384 osób odwiedziło nas w Sierpniu 2010 roku
6 min i 22 sec średnio użytkownik spędził na naszej stronie
12.98 % wynosi statystyczny wzrost oglądalności naszej strony

zainteresowany reklamą? kliknij tutaj <-

Użytkownicy online

Naszą witrynę przegląda teraz 44 gości 

Polecane artykuły

Nowe galway.pl Rozejrzyj się, w serwisie znajdziesz mnóstwo informacji na temat więcej

Darmowa reklama na Galway.pl Zarezerwowaliśmy specjalne miejsca dla... więcej

Sonda:

Czy jesteś za legalizacją prostytucji?




Wyniki