Maurice Sullivan był lubianym i szanowanym człowiekiem , zarówno w rodzinnym Waterford, jak i w Galway, gdzie mieszkał i pracował przez ostatnie kilka lat. W sierpniu zeszłego roku postanowił wyjechać do Malezji, by jako woluntariusz pomagać w projektach dotyczących ochrony środowiska. Towarzyszyła mu jego dziewczyna, 28-letnia Polka. Kilka dni temy wybrali się na farmę ekologiczną; Maurice oddalił się by zrobić kilka zdjęć w ogrodzie. Wtedy właśnie zaatakowały go dwa psy - mieszańce, należące do właściciela gospodarstwa.
Jak podają media, powołując się na informacje ambasady w Kuala Lumpur, ofiara miała ponad 50 ugryzień na głowie, szyi oraz kończynach. Krwotoki z ran spowodowały niemal natychmiastową śmierć; mimo wezwanej pomocy nie było nawet szans na reanimację. Partnerka ofiary była w czasie ataku w innym rejonie farmy, a kiedy nadbiegł właściciel gospodarstwa, było już właściwie po wszystkim.
Właściciel psów jest obecnie przesłuchiwany w tej sprawie, podobnie jak pani J. Z podanych informacji wynika, że oboje obcokrajowcy mieli wcześniej kontakt z psami i nie zachowywały się one agresywnie. Władze usiłują dociec, dlaczego doszło do ataku - psy będą poddane obserwacji zanim zapadnie decyzja o ich ewentualnym uśpieniu. Malezyjska organizacja chroniąca prawa zwierząt Penang Animal Sanctuary Society zaapelowała o wnikliwe dochodzenie w tej sprawie twierdząc, że psy nie atakują niesprowokowane. Właścicielowi czworonogów, poza utratą podopiecznych, grozi też do 6 miesięcy więzienia lub/i grzywna, ale dla bliskich ofiary marna to pociecha.
