Na to pytanie najpełniej dają odpowiedź wiersze z ostatniego, najnowszego tomiku poezji Teresy Pyc, rodowitej chełmianki, przez chwilę mieszkanki Galway. Ten tomik to nic innego, jak pisze Danuta Makaruk, autorka posłowia – próba wewnętrznego rozrachunku z samym sobą, analizy tego, co się wydarzyło i co mogło się wydarzyć. To znakomita lekcja dla wszystkich – zarówno młodszych, jak i starszych, lekcja, po którą warto sięgnąć. A dzięki autorce tomiki jej wierszy są dziś dostępne w polskiej bibliotece w Galway, czynnej zawsze przed i po niedzielnej mszy św.
O potrzebie przelewania emocji na papier, konieczności sięgania po pióro, jakości poezji, o wątpliwościach towarzyszących publikowanym wierszom i zadumie nad losem człowieka z Teresą Pyc, „Pszczołą”, której „wyrwano skrzydełka bez znieczulenia, poetką, która „pisze tylko dla siebie i może jeszcze dla dwóch przyjaciół, z których jednego na pewno nigdy nie poznamy”, niesamowicie skromną, ale i barwną postacią rozmawia Iwona Mazurek.
Najpierw pisałaś „do szuflady”, potem kilka Twoich wierszy opublikowano w czasopiśmie „Wstań” i tomiku zbiorowym „Słowa Oczekiwane”, a następnie na przestrzeni pięciu lat wydałaś trzy tomiki własnej poezji. Jak się z tym czujesz?
Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę pisała wiersze. Pracowałam w szkole, uczyłam o poezji, prowadziłam zespół teatralny, pracowałam z recytatorami, a później nagle w 1991 roku zaczęło się pisanie. Myślałam, że to tylko chwilowe, a zleciało już 19 lat.
Zapewne doskonale pamiętasz początki?
Najpierw, jak zauważyłaś, było to pisanie do szuflady. Później dzięki jednemu z moich wychowanków z zespołu teatralnego, moje wiersze trafiły do szerszego grona. Zostały opublikowane w czasopiśmie dla chorych „Wstań” wydawanym przez Księży Sercanów w Stadnikach k. Krakowa. Kiedy otrzymałam pierwsze pismo, w którym znalazł się mój wiersz, byłam bardzo zaskoczona. Później znów coś wydrukowali... Następnie otrzymałam wiadomość, że księża wydają zbiorowy tomik poezji z wierszami czytelników „Wstań”. Wśród wielu wierszy znalazły się cztery moje. Byłam szczęśliwa, a moja radość tym większa, że z jednego z nich – „Słowa oczekiwane”, dedykowanego mojej córce, zaczerpnięto tytuł całego tomiku.
Zapewne był to powód do radości, a także ukoronowanie kilkuletniej twórczości.
W tomiku „Słowa oczekiwane” znalazły się tylko cztery moje wiersze, ale byłam zaszczycona tym, że z mojego wiersza zaczerpnięto tytuł. Wtedy pisałam jeszcze pod pseudonimem „Pszczoła”, ponieważ troszkę się wstydziłam, nie chciałam, aby moi uczniowie wiedzieli, że piszę. Nie wiedziałam, czy ktoś zechce czytać te wiersze. Jednak w związku z tym tomikiem spotkał mnie jeszcze jeden zaszczyt. Ojciec Święty, Jan Paweł II przyjechał kiedyś z wizytą do Księży Sercanów i otrzymał w prezencie numer jubileuszowy czasopisma „Wstań” oraz wydany wówczas tomik. Później mój bratanek, który jest księdzem powiedział mi, że jeśli papież otrzymał ten tomik, to znalazł się on w Bibliotece Watykańskiej. Wtedy stwierdziłam, że ja już większych zaszczytów nie doznam. I mimo, że pisałam pod pseudonimem byłam bardzo szczęśliwa. Wydawało mi się, że to już koniec, że już więcej nic się nie wydarzy…
Ale potrzeba przenoszenia uczuć i myśli na papier nie ustała?
Tak, wiąż pisałam więcej i więcej. To zresztą nie moja zasługa. To po prostu samo przychodzi. Są takie dni, tygodnie, czy nawet miesiące, że się nie napisze nic. A przychodzi dzień, że powstaje kilka tekstów. Nie da się więc tego zaplanować. Podczas mojego czteromiesięcznego pobytu w Irlandii napisałam dziewięć wierszy.
Na natchnienie nie ma rady.
Mówią, że poetą się nie jest, tylko się nim bywa i jest w tym dużo racji.
Jesteś członkiem prężnie działającej Chełmskiej Grupy Literackiej „Lubelska 36” i na stałe współpracujesz z Pismem Literacko-Artystycznym „Egeria”, co było kolejnym krokiem na Twojej literackiej ścieżce.
Na początku w ogóle nie myślałam, że kiedykolwiek zrobię użytek z napisanych wierszy. Miałam taki gruby zeszyt, w którym spisywałam wszystko. Jednak przyszedł taki moment, że chciałam tą moją poezję komuś jeszcze pokazać. W jednej z księgarni w Chełmie organizowano spotkanie literackie. Postanowiłam tam pójść, a w torebkę wsadziłam ten swój zeszyt mając nadzieję, że może nadarzy się okazja, aby komuś to pokazać. Akurat na spotkaniu był właściciel księgarni, który prowadził także wydawnictwo. Poznałam tam też wiele osób zainteresowanych pokazaniem swojej twórczości. I tak w 2004 roku powstała Chełmska Grupa Literacka, w której znaleźli się poeci, pisarze, ludzie, którzy chcieli mówić o swoich doświadczeniach, uczuciach, ludzie mający już za sobą różne publikacje, ogólnie mówiąc miłośnicy literatury.
Rok 2005 przyniósł tomik „Nie jestem już pszczołą” odkrywający Twoją prawdziwą tożsamość.
Kiedy rozpoczęliśmy działalność naszej grupy literackiej, wydawca zaczął mnie namawiać na wydanie wierszy. Ja się wahałam, bałam troszeczkę, wstydziłam. Tym bardziej, że postawił warunek – wyda tomik poezji, ale pod moim nazwiskiem. „Pora zostawić pseudonim i opublikować wiersze pod własnym nazwiskiem” – usłyszałam. Przejrzałam więc wiersze, wybrałam te, które chciałam najpierw opublikować i tak powstał tomik „Nie jestem już pszczołą”, który ofiarowałam polskiej bibliotece w Galway.
Następnie dwa lata później wydałaś ‘Otwierane wierszem”, a w 2010 roku tomik poezji zatytułowany „Skąd ta łza”? Czy będą następne?
Po pierwszej publikacji okazało się, że wciąż jest dużo wierszy, które nie były jeszcze nigdzie publikowane, przybyło trochę nowych, więc się odważyłam wydać grubą książkę myśląc, że jest ostatnią. Bo wydanie książki to niestety spory wydatek, a co się z tym wiąże trzeba szukać sponsorów. Ale nie da się po prostu przestać i tak powstał ostatni tomik mojej poezji „Skąd ta łza”, którego promocja przypadła na dzień moich urodzin. Wiersze piszę dalej, ale z pewnością tomików wydawać nie będę.
Czy zastanawiałaś się kiedyś, jak ludzie odbierają Twoja poezję?
Ciężko mi powiedzieć, jak ludzie odbierają moją poezję, bo każdy człowiek jest inny. Kiedyś napisałam wiersz o swoim zmęczeniu, a zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka będąca w wieku mojej mamy i powiedziała, że w wierszu doszukała się swoich wspomnień, czasów okupacji… Gdy pracowała u Niemca i wracała do domu, nawet „łyżka była za ciężka”… Nigdy nie wiadomo na jakiego odbiorcę się trafi. Ale cieszy mnie, gdy choć kawałek tej twórczości dociera do ludzi, kiedy porównują zawarte w niej myśli, uczucia do swojego życia, doświadczeń.
Co kryje się w twoich wierszach? Skąd czerpiesz inspiracje?
Moje wiersze są bardziej o życiu, o ludziach, których spotykam. Podoba mi się pewne zdanie, które mówi, że to „Bóg przemawia do poetów przez głos sumienia, przez pustkę, przerażenie, przez niezaspokojoną tęsknotę, i przez spotkanego na drodze człowieka”. I to jest prawda. U mnie w poezji jest dużo ludzi, wątki autobiograficzne, ale i wątki fikcyjne.
Czego więc mogę życzyć poza natchnieniem?
Czego życzyć? Aby ludzie tak smutno nie przyjmowali moich wierszy. Piszę wprawdzie o samotności, o przemijaniu, ale łzy są w każdym człowieku… Chciałabym, aby ludzie czytali poezję. A poezja musi wyzwalać uczucia. I jeśli je wyzwala, to dobrze. To znaczy, że jest coś warta.
Dziękuję Teresie Pyc za pełną sentymentu rozmowę i za tomik poezji, który wyzwala wiele, choć rzeczywiście pesymistycznych uczuć. I mam nadzieję, że mimo zapewnień autorka „odrodzi się w pszczole…” I wszystkim polecam „wsłuchać się w brzmienie nienapisanych wierszy”.
Iwona Mazurek
