Magda Ślązak pochodzi z Częstochowy, kocha Wrocław, a od prawie dwóch lat mieszka w Galway. I choć nie brakuje jej Polski, to tęskni za tańcem, który jest jej największą pasją. Poza tym udowadnia, że emigracja nie musi być tylko miejscem na zarabianie pieniędzy, ale równie dobrze może pomagać w realizacji marzeń i dawać poczucie własnej wartości. O tym i nie tylko z Magdą Ślązak rozmawia Iwona Mazurek.
W Polsce studiowałaś, pracowałaś i trenowałaś taniec. Dlaczego więc zdecydowałaś się na wyjazd do Irlandii?
W pewnym momencie studiowania i życia w Polsce poczułam się zmęczona. I dlatego pewnego dnia postanowiłam, że wyjadę za granicę. Zaplanowałam urlop dziekański, co było równoznaczne z tym, że zrobię sobie roczną przerwę. Poza tym miałam do spłaty kredyt studencki, więc wydawało się, że jest to dobry pomysł.
Ale Twój pobyt znacznie się przeciągnął?
To prawda. Kiedy przyjechałam do Irlandii, a dokładnie do Galway, zakochałam się w tym miejscu. Podobało mi się tu wszystko - atmosfera, ludzie. Muszę przyznać, że bardzo odpoczęłam przez ten rok. Wprawdzie pracowałam, ale było to takie inne niż w Polsce. Samo życie, ludzie, którzy mnie otaczają dodawali mi tyle energii i siły, że postanowiłam, iż nie będę planować, co i kiedy.
I tak po prostu zrezygnowałaś z tego, co miałaś w Polsce?
Na początku biłam się z myślami. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Zdecydowałam jednak podjąć studia zaoczne i tak jak każdy student bywać na zajęciach co dwa tygodnie. Później zaczęłam się wahać, ale miałam wokół siebie wielu cudownych znajomych i przyjaciół, którzy mnie wspierali. To oni tak naprawdę nie pozwolili mi zrezygnować. Podjęłam więc to wyzwanie.
Teraz zbliżasz się do końca. Praca już prawie gotowa. Jak to oceniasz z perspektywy czasu?
Przez pierwsze kilka miesięcy nie było dla mnie żadnego problemu. Potem okazało się, że to nie jest takie proste. Byłam przyzwyczajona do nauki w trybie dziennym. Tymczasem praca zajmuje większość mojego czasu, weekendy zazwyczaj spędzam w Polsce i tak w rzeczywistości mam mało czasu na naukę. Bardzo mnie to męczy, bo jestem osobą, która poważnie podchodzi do wszystkich zadań. Nauka jest więc dla mnie bardzo ważna. Ciągły brak czasu dał mi we znaki. Pod koniec lipca powinnam mieć to jednak już za sobą.
Nie żałujesz swojej decyzji?
Było ciężko, ale nie. Zawsze chciałam studiować pedagogikę rodzinną, bo marzyłam o tym, aby uczyć dzieci tańca. Obie te dziedziny są ze sobą mocno związane. Dziś wiele się zmieniło, ale niczego nie żałuję. Kończę te studia przede wszystkim dla siebie.
Jakie są Twoje najbliższe plany?
Mam oczywiście tysiąc pomysłów na to, jak powinno teraz wyglądać moje życie. Przede wszystkim chciałabym podszkolić angielski, mimo że znam go wystarczająco dobrze. Czuję się w Galway jak w domu, stąd taka wewnętrzna potrzeba, aby znać ten język jak najlepiej.
Rok, który miał być tylko przygodą, zmienił twoje życie.
Za Polską nie tęsknię, ale jak wspomniałam, nie mogę mówić, że nigdy nie wrócę.
Co w takim razie z Twoją największą pasją, czyli tańcem?
I tutaj pojawia się problem. Wprawdzie z kilku powodów zakończyłam swoją karierę taneczną kilka lat temu, ale brakuje mi tego. W Galway niestety nie ma szkół tanecznych, ale znalazłam człowieka, który trenuje tancerzy. Będę chciała znów do tego wrócić. Taniec jest moim prawdziwym życiem. Zresztą poświęciłam mu 15 lat, a teraz kolejne kilka miesięcy, bo praca licencjacka, którą piszę jest związana właśnie z wpływem tańca na rozwój dzieci i młodzieży.
Galway więc nie sprzyja takim zainteresowaniom?
Całe szczęście jest tu wiele klubów tanecznych. Sama jestem też zafascynowana tańcem irlandzkim. Jest żywiołowy i skoczny, czyli w sam raz dla mnie. Może spróbuję i tego?!
Rozumiem, że jesteś wulkanem energii.
Raczej tak. W Irlandii przezwyciężyłam wiele trudności, więc teraz mogę się cieszyć swobodą życia i realizować pasje. A taniec mi w tym pomaga.Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów!