Kończy się krótki epizod irlandzkiego cudu gospodarczego. Przyglądałem mu się z bliska. Czym był - czułem najlepiej, gdy wracałem do Polski z grubym zwitkiem banknotów w kieszeni. W Irlandii byłem trzykrotnie: w 2005, 2006 i 2007 roku. W sumie dziewięć miesięcy. Z dzisiejszej perspektywy widać przede wszystkim chwilowość: wymuszoną krótkotrwałość indywidualnych planów oraz niespodziewaną zmienność makro-uwarunkowań. Całego tego doświadczenia nie podsumuję lepiej, niż zrobił to Zygmunt Bauman w Płynnej nowoczesności, gdy posłużył się metaforą statku i samolotu. Statek to kiedyś. Samolot to dziś. Rzeczoną metaforą zamknę ten tekst. Teraz jednak wróćmy do spraw związanych z nami i z Irlandią.
Wszystkich emigrantów łączy nić porozumienia, jaką jest doświadczenie wyjazdu. Jeszcze dwa lata temu sądziłem, że młodzi, ledwie pełnoletni Polacy wciąż tak licznie pakują się i wyjeżdżają do Irlandii lub do Wielkiej Brytanii. Jednak w trakcie rozmów z nimi odkryłem, że doświadczenie pracy za granicą, choćby w okresie wakacji, nie stanowi dla nas wspólnej płaszczyzny. Oni już nie jeżdżą, nie mają tej możliwości. To okienko otwarte było więc wyjątkowo krótko: od 2004 roku, gdy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, do roku 2008. Zamykało się więc tuż za moimi plecami, gdy opuszczałem Irlandię po raz ostatni. Później, zamiast wartkiego ludzkiego strumienia, w jedną i drugą stronę przepływał jedynie wąski strumyczek szczęściarzy i desperatów.
Przypominam sobie znajomych z Westport, miasteczka, w którym pracowałem. Nie czułem się jednym z nich, byłem tam tymczasowo, chwilowo, z innymi planami. Słuchałem jednak jak snują wizje przyszłości. Niektórzy traktowali Irlandię jak przystanek. Euro spływające na konto w tempie tygodniowym dawało pewność siebie i poczucie siły. Dlatego rozmawialiśmy o tym, gdzie pojechać, jak już Irlandia się znudzi. Hiszpania, bo ciepło? Z drugiej strony głupio nie pobyć trochę w Anglii, w Londynie. A może USA lub Australia? Te plany były wtedy doskonale realne, na wyciągnięcie ręki. Nikt z nas nie przewidział wówczas, że wielki kapitał chadza innymi ścieżkami niż my, że potrafi przebić się przez bariery kulturowe dla nas nie do przebicia, że potrafi wylądować w miejscu dla nas nie do przyjęcia.
Byli i tacy, dla których Irlandia miała stać się nowym domem. Polepszanie się swojej sytuacji wzięli za pewnik, za stały trend. Zaciągnęli kredyty, sprowadzili lub założyli rodziny, zaczęli zapuszczać korzenie. Twierdzili, że w Polsce tak nigdy nie będzie, że tu jest łatwiej: praca jest, można awansować albo szukać innej. Łatwo otworzyć coś swojego. Z sąsiadami-Irlandczykami się dogadają. Miną lata, wszystko się unormuje, język podszlifują, to i może wspólne barbecue da się zrobić, a i dzieci się zakolegują. Dziś niewiele zostało z tych wizji miasteczka na wzgórzu, gdzie priorytetem miała być wspólnota: well-being of collective social body.
Irlandczycy, mający za sąsiadów przybyszów z Polski, też znajdują się w trudnej sytuacji. Też spłacają kredyty, dotykają ich redukcje, podwyżki cen. Dlatego pewnie nie zastanawiają się, czy przygnieciony kredytem sąsiad z Polski nie wyprowadzi się z dnia na dzień, bo sami nie mogą mieć pewności, czy to nie im przyjdzie opuścić dom lub mieszkanie. Plan zapuszczenia korzeni, dobrego bycia w dobrobycie, w społecznie pogodnym i przyjaznym miejscu, legł więc w gruzach tak samo, jak wizje praco-podróży po najbogatszych krajach świata.
Czy problemy te dotyczą tylko kierowców, kelnerów i budowlańców? Nie. Esencją płynności jest sprawa fabryki Della. Wyobraźmy sobie mieszkańca Łodzi. Z braku perspektyw opuszcza miasto, wyjeżdża do Irlandii. Trafia do Limerick. Miasto, mimo poetyckiej nazwy, przypomina przemysłową Łódź. Polak znajduje pracę w fabryce Della. Po kilku latach dowiaduje się, że Dell redukuje zatrudnienie w Limerick, a fabrykę przenosi do... Łodzi! Może wrócić do rodzinnego miasta, przenieść się wraz z fabryką, lecz to oznacza powrót do zarobków polskich. Jednak, biorąc pod uwagę inne korzyści, pracownik postanawia wrócić do domu. Nim się jednak spakuje, nim fabryka się przeniesie - już dociera do niego informacja, że Dell łódzką fabrykę sprzedał koncernowi z Tajwanu. Naiwnością jest sądzić, że - wyposażeni w walizki, poruszający się samolotami - wciąż jesteśmy bardziej mobilni i szybsi, niż nasz pracodawca przenoszący produkcję.
Praca w fabryce Della to wciąż jednak praca przy taśmie, praca powtarzalna, intelektualnie i badawczo jałowa, pozbawiona pierwiastka innowacyjności. Czy to znaczy, że specjaliści nie są zagrożeni? Nie, ich też prędzej czy później dotknie - i zmiażdży? - palec globalizacji. Irlandia, aby nie podzielić losu bankrutki Islandii, musi prosić Unię Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy o wsparcie. Tyle tylko, że UE i MFW stawiają warunki, w tym między innymi podniesienie podatków. Podniesienie podatków spowoduje jednak, że Irlandia przestanie być atrakcyjna dla korporacji. A korporacje grożą, że na wypadek niekorzystnych zmian przeniosą się w miejsca oferujące lepsze warunki. O jakich firmach mowa? Prasa na Wyspie wymienia Microsoft, Hewlett-Packard (HP), Bank of America Merrill Lynch, Intel i Google. Dla wielu są to pracodawcy marzeń. I wiele wskazuje, że w sferze marzeń pozostaną.
Myślałem, że praca w Irlandii i Wielkiej Brytanii będzie doświadczeniem całego pokolenia młodych ludzi. Nic z tego, to doświadczenie ledwie kilku kolejnych roczników. Pracujący w Irlandii Polacy myśleli, że świat się przed nimi otworzył, a Irlandia jest tylko przedsionkiem. Nic z tego, jeden Celtycki Tygrys safari jeszcze nie czyni. Poszukujący ustatkowania zakładali, że w Irlandii zbudują spokojną i stabilną przyszłość. Nic z tego, planowany na …
Czytaj więcej na łamach :
