Nie ma żadnych przesłanek, żeby Rafał Gilewski i Grzegorz Wałęsa (syn Lecha) klasyfikowali się w przedziale ludzi, tak zwanych, zwyczajnych lub po prostu „normalnych”. Porzucając dyplomatyczny język, trzeba powiedzieć sobie wyraźnie, że są oni najzwyczajniej w świecie zakręceni jak domek ślimaka lub baranie rogi. Nie dlatego, że jadą na Czarny Ląd albo, że chcą obdarować skrajnie ubogie afrykańskie placówki medyczne tym, co uda się im zebrać tutaj. Oni są „inni” w związku z tym, w jaki sposób chcą tego dokonać i jakie motywy nimi kierują.
Przypadek medyczny: wariactwo
Rafał przyszedł do naszej Redakcji z ofertą partycypowania przez nas w zakupie sprzętu medycznego, jaki chłopaki mają zamiar zatargać do Afryki. Dokładnie tak: zatargać, bo jak nazwać wyprawę dwoma samochodami osobowymi, choćby i niech by była to niemiecka marka, przez całą Europę i pół Afryki? Przecież nie transportem. W sumie, wliczając w to operatora kamery, w wyprawie weźmie udział czterech... normalnych inaczej facetów. Rafał na pierwszy rzut oka wcale nie stwarza wrażenia wariata, wręcz przeciwnie, jest poprawny i ułożony, że aż nudą wieje. Poważny pan biznesmen robiący interesy z poważnymi partnerami. Można pojechać do Rygi. Wyobrażenie o człowieku zmienia się diametralnie, gdy zaczyna się z nim rozmawiać o wyprawie. Wtedy wchodzi się na orbitę innych częstotliwości nadawania. To prowokator, buntownik, anarchista.
Rafał i Grzesiek swoją pierwszą wspólną przygodę przeżyli w Stanach. Idea była prosta jak drut: kupić starego, klasycznego krążownika szos, o pojemności silnika 5 litrów, tylną kanapę oporowo obstalować „łyskaczem” i w drogę. Tak zjeździli Stany.
Na Czarnym Lądzie
Africa Charity Expedition 2010 jest konceptem przygodowej wyprawy charytatywnej, który narodził się z początkiem roku 2010. To, co oryginalnie miało być wyprawą do Afryki Zachodniej, ewoluowało w ekspedycję charytatywną. Głównym celem ACE 2010 jest ofiarowanie sprzętu medycznego (przenośnych urządzeń USG, przepływomierzy gazów medycznych) ośrodkowi Soma Major Health Center w Gambii. Trasa wyprawy wiedzie przez Europę, Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię i Senegal do Gambii. W trakcie ekspedycji pokonanych zostanie ponad 8 tysięcy km.
Ewoluowało, bo ACE można czytać także jako: Adventure Charity Expedition. Jeżeli paru zakręconych gości ma zamiar poczuć adrenalinę w egzotycznym klimacie, to czemu nie połączyć wyprawy ze szczytnym celem? Kapitalny w swojej prostocie pomysł. Zamiast wydawać swoje ciężko zarobione pieniądze w x-gwiazdkowych hotelach nad brzegiem Morza Śródziemnego, oni pakują się w samo niemal „jądro ciemności”, jadąc po przygodę i... na ratunek jednocześnie. W kraju, gdzie bieda przerasta nasze najodważniejsze nawet wyobrażenie, gdzie na wyposażenie przychodni czy „szpitala” składa się stół i dwa krzesła (sic!). Tam naprawdę nie ma niczego. To, że chcą pomóc przy okazji realizowania swoich fanaberii jak z chłopięcego świata zupełnie, komu to wadzi?
Pustynia i nielegalny alkohol
To nie będzie pierwsza podróż Rafała do Afryki. Był już w Maroku. Tam narodził się pomysł, żeby łączyć wyprawy ekstremalno- imprezowe z czymś pożytecznym i szczytnym. Wymyślił to Grzesiek Wałęsa. Scenariusz jest zawsze podobny: jeśli chcemy poczuć powiew egzotyki, musimy żyć i funkcjonować jak tubylcy. Jedzą zatem wyłącznie to, co miejscowi i tak jak miejscowi, czyli centralnie na ulicy. To, co reszta społeczeństwa podziwia, oglądając programy Cejrowskiego, oni mają „live”. Noclegi w domach zaprzyjaźnionych (albo nowo poznanych) miejscowych ludzi. Golenie u lokalnego golibrody, właściciela brudnych jak onuce radzieckiego sołdata ręczników do twarzy. Lokalny upał i chłód nocy, smród brudnych zakątków i wszechobecny aromat orientalnych przypraw i potraw. Dzięki temu mogli zobaczyć mieszkania (może raczej groto-mieszkania) wydrążone prosto w skale, jednak wyposażone w… drzwi. Podróż miejscowymi środkami komunikacyjnymi, zamiast klimatyzowanych autokarów, pozwala zobaczyć więcej, bo miejsca, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, poznać ludzi, których normalny turysta nie spotkałby na swojej trasie wycieczkowej. Zwykły turysta nie przeżyłby również bardzo ryzykownej wyprawy z miejscowym taksówkarzem do lokalnej meliny po alkohol. Jeśli nie odpoczywa się w hotelu, gdzie dostępny jest alkohol dla turystów…
Przemek Kolasiński
Czytaj więcej na łamach :
