Wt05222012

Last update12:00:00

Relacje

Tralee Bay

Jak na jeden dzień, to wrażeń turystyczno-wspinaczkowych było aż nadto. W miarę spokojne zwiedzanie zamku w Limerick, przechadzka nieopodal wiatraka w Blennerville, znacznie bardziej intensywna wizyta na stokach i szczytach masywu górskiego Slieve Mish a wszystko to, poprzeszywane kilkugodzinną jazdą samochodem. Mieliśmy prawo czuć się zmęczeni. Ja przynajmniej byłem.

Z pod Caherconree udaliśmy się na powrót do Camp. Z maleńkiego Camp skierowaliśmy się szosą R560 w stronę Castlegregory. Nieśpiesznie jechaliśmy przed siebie i zastanawialiśmy się gdzie by tu wybrać najlepsze miejsce na nocleg. Miało być ustronnie, tak żeby nie zwracać na siebie zbytnio uwagi, tak aby podczas tych paru nocnych godzin, jak najbardziej jest to możliwe, stać się niewidocznym. Po części nam się to udało. Na drodze pojawiła się nagle tabliczka informująca, że po 1 mili można dojechać do plaży. Postanowiliśmy zobaczyć to miejsce, zresztą czasu było już i tak co raz mniej, ciemności przyszłyby lada chwila, a zależało nam aby rozbijać się w momencie, gdy będzie jeszcze w miarę jasno. Skręciliśmy, podjechaliśmy kawałek i rzeczywiście plaża była, ocean szumiał ale było też coś jeszcze, coś co delikatnie zmąciło mój spokój… Kilkanaście metrów od plaży wznosiło się osiedle domków campingowych. Było ich pełno, przy niektórych stały zaparkowane auta, były przymocowane anteny satelitarne a nad dachami, gdzieniegdzie unosił się dym. Dowodziło to, że ów domki zamieszkane są nie tylko w sezonie letnim. Skojarzyło mi się to troszkę z osiedlem trawelsów, choć nigdy wcześniej z takowym większej styczności nie miałem. Zatrzymaliśmy się na samym końcu ziemno-żwirowej drogi i poszliśmy na rozeznanie.

Kamienny fort na Caherconree

Limerick był już wiele kilometrów za nami, kiedy sunęliśmy przed siebie drogą N21 mijając kolejno Rathkeale, Newcastlewest oraz Abbeyfeale. Po ponad godzinie jazdy przejechaliśmy przez Castleisland, w którym zjechaliśmy na N21. Stamtąd było już rzut beretem do Tralee.

Wymyśliliśmy sobie, że Tralee będzie taką naszą bramą do Przylądka Dingle. Nie mieliśmy w planie postoju w tym mieście, chcieliśmy jak najprędzej zacząć wizytację Dingle Peninsula, bo pomimo, że dopiero rozpoczynaliśmy wycieczkowanie to zdawaliśmy sobie sprawę, że czasu nam może zabraknąć. Tak więc mgnieniem przez stolicę hrabstwa Kerry i na szosę N86. A plany były raczej ogólnikowe, bez konkretnych celów i miejsc do zobaczenia.

King's John Castle

Limerick ze swoimi 92,500 tysiącami mieszkańców jest trzecim co do wielkości miastem w Irlandii. Mówi się także, że jest to ,,Polski Dublin”, szacuje się, że w mieście tym mieszka około 15 000 przybyszów z nad Wisły. Luimneach założyli Duńczycy w 812 roku, był stolicą królestwa Limerick a później siedzibą królów Munsteru. Miasto posiadające ponad 12 wieczną historię dochowało się sporej ilości zabytków i ciekawych miejsc do odwiedzenia, jednym z nich, chyba najsłynniejszym jest Zamek Króla Jana (King John’s Castle).

Osobiście odwiedziłem Limerick dwukrotnie. Za pierwszym razem króciutko, nie udało mi się nawet wjechać do centrum miasta ale raz kolejny był dłuższy, choć myślę, że i tak było to tylko powierzchowne liźnięcie. W hrabstwie Limerick znaleźliśmy się 13 września ubiegłego roku, dwa dni po naszych niezapomnianych  wojażach, które obejmowały Wyspę Achill , Inishmore na Wyspach Aran  a także Connemarę . Zaplanowaliśmy krótki, paru godzinny postój w Limerick, a konkretniej chcieliśmy zobaczyć Zamek Króla Jana – pokaźną budowlę z 12 wieku.  Tuż po zwiedzaniu nasz grafik zakładał, że jedziemy dalej, w kierunku południowo-zachodnim aż do Półwyspu Dingle i Pętli Kerry. Na to wszystko mieliśmy 4 dni, tak więc dłuższa wizyta w Limerick odpadała a przypuszczam, że spokojnie trzeba by było przeznaczyć z jeden cały dzień na zwiedzenie tych wszystkich zabytków się tam znajdujących, na poznanie i poczucie tego miasta. O wspomnianym zamku nie wiedziałem zbyt wiele, kojarzyłem, że jest ale nic poza tym. Dopiero lektura na blogu zaprzyjaźnionej blogerki podkręciła moje apetyty na odwiedzenie King John’s Castle.

Powerscourte House & Gardens

Irlandia obfituje w wiele różnego rodzaju rezydencji, efektownych pałacyków i dworków. Niektóre z nich zachowały swoją świetność, są zadbane i regularnie pielęgnowane. Posiadłości są własnością albo państwa albo znajdują się w prywatnych rękach. Nierzadko bywa, że dana rezydencja jest pod opieką rodzin od stuleci.

Powerscourt House and Gardens to rezydencja neoklasycystyczna, znajdująca się nieopodal Bray. Wzniesiona została w połowie XVIII wieku przez  wywodzącą się z Brytanii szlachtę angloirlandzką, która zawłaszczyła sobie sporą część Irlandii. Kilka stuleci wcześniej, w roku 1300 rodzina Le Poer (Power) zbudowała tutaj zamek, który wziął nazwę właśnie od nazwy tejże rodziny. W środku było co najmniej 68 pokoi,  hol wejściowy miał 18 metrów wysokości i 12 metrów szerokości. W późniejszych okresach w posiadaniu zamku były możne rody: O’Tooles, Fitzgerald a także Hrabia Kildare. W 1603 roku Zamek Powerscourt wraz z okolicznymi terenami został przyznany Richardowi Wingfieldowi. Anglik, który zasłużył się jako żołnierz w Irlandii, Flandrii, Francji i Portugalii w nagrodę dostał tytuł szlachecki a w 1600 roku mianowany został na marszałka Irlandii. Jego potomkowie zostali w Powerscourt przez następne 350 lat. Powerscourt został znacznie odmieniony w 18 wieku (od 1731 do 1741 roku), kiedy to znany niemiecki architekt Richard Cassels przebudował  zamek wraz z jego podstawami. W tym czasie był to jeden z najpiękniejszych domów w całej Irlandii. W sierpniu 1821 roku gościem Richarda Wingfielda, piątego Wicehrabi Powerscourt, był Król Jerzy IV. W latach 30-tych 19 wieku w domu organizowano wiele konferencji na temat niespełnionych proroctw biblijnych.

Powerscourt Waterfall

Za oknami od kilku tygodni aura do najmilszych nie należy, jest zimno, mokro, wietrznie więc proponuję aby przenieść się w czasie, aby zorganizować swego rodzaju powrót do przeszłości. Nieodległej, liczącej sobie 5 miesięcy ale gwarantuję, że podróż będzie ciekawa i w kontekście dnia dzisiejszego, ciepła oraz przyjemna.

Pewnego słonecznego dzionka, w sierpniu ubiegłego roku, wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę. Przejechaliśmy około 150 kilometrów i dotarliśmy do uroczego a zarazem bardzo popularnego miejsca. Jako, że pogoda sprzyjała a przy okazji była niedziela, toteż razem z nami zjawiła się tam również pokaźna ilość wypoczywających osób.

Wspinaczka na szczyty Twelve Bens

O Connemarze napisałem już tutaj parokrotnie, za każdym razem z dużym entuzjazmem i podziwem dla tej niesamowitej krainy. Napiszę raz jeszcze, tym razem z perspektywy górołaza, opiszę wędrówkę po szczytach Twelve Pins, kilkugodzinną wspinaczkę nasiąkniętą zmęczeniem, wiatrem, deszczem, zimnem i mgłą, poprzeplataną promieniami słonecznymi oraz ciężkimi chmurami wiszącymi tuż nad naszymi głowami. Góry, choć stosunkowo niewielkie, to jednak majestatyczne i przede wszystkim dające nieprawdopodobne pejzaże i panoramy.

Zanim jednak dostaliśmy się do Connemary musieliśmy pierwsze dopłynąć do lądu. Z Wysp Aran płynie się niespełna godzinę. Był to czas, w którym troszeczkę podładowaliśmy akumulatory po wizycie na Aranach, który posłużył nam do odpoczynku w wygodnych, promowych fotelach. Tak jak wcześniej Ocean był delikatnie niespokojny i bujał naszym stateczkiem w górę i w dół tak teraz płynęliśmy znacznie łagodniej. Wraz z innymi współtowarzyszami rejsu dopłynęliśmy do Rossaveel 10 minut przed godziną 17-tą, wyładowaliśmy się z promu jako ostatni i podążyliśmy na parking, gdzie dnia poprzedniego pozostawiliśmy auto. Zapakowaliśmy cały nasz ekwipunek i odjechaliśmy, po drodze płacąc panu parkingowemu 5 euro. Jako, że dzień zbliżał się powoli do końca, to nie mieliśmy już w planach nic konkretnego robić. Aby znaleźć się z powrotem na drodze N59, pokonaliśmy identyczną trasę jak kilkanaście godzin wstecz.

Wędrówka po Inis Mór

Wyspy Aran od zawsze uchodziły za bezkompromisowe. Są symbolem surowości, próżno tam było szukać wygód, pogoda z reguły nie rozpieszczała a ludzie, których los rzucił w to miejsce uchodzili za twardych i zaradnych. Na co dzień mówi się tam językiem gaelickim, co czyni arańskie wyspy jeszcze bardziej irlandzkie, dodając im niepowtarzalnego klimatu i uroku.Jakby potwierdzeniem tego stwierdzenia, że Wyspy Aran czasami dosyć szorstkie są dla ludzi, było nasze nań przybycie. Opętańczy deszcz i porywisty wiatr sprawiły, że nie łatwy i trudny dla nas to był początek. Noc, którą dane nam było przeżyć okazała się nocą z dreszczykiem emocji, nocą nie dającą snu szybkiego, łatwego i przyjemnego. Trzeba się było nacierpieć aby ją pokonać.

Dún Aonghasa – prehistoryczny fort na Inishmore

Wyspy Aran są jedyne w swoim rodzaju, to nie ulega żadnym wątpliwościom. W Irlandii z pewnością nie ma drugich podobnych. Nie wiem jak jest na dwóch pozostałych (Inishmaan oraz Inisheer), być może jeszcze bardziej odludnie i dziko ale wizyta na największej z nich pozostanie w mojej pamięci na długo. Tak samo jak pewna rzecz, która jest szalenie charakterystyczna i która pojawiała się za każdym razem kiedy odwracałem głowę. Czy w lewo, czy w prawo, czy przed siebie. Było wszędzie i otaczało nas ze wszystkich, możliwych stron. Kamienne murki, bo je mam na myśli ciągną się podobno na odległość 3 tysięcy kilometrów. Są wszędzie, wyspa jest nimi poprzecinana i stanowią nieodzowną część krajobrazu. Murki te składają się z kamieni, których na Inishmore od zawsze było pod dostatkiem. Kamienie te są poukładane w taki sposób, że strasznie trudno jest jakiś z takiego muru wyciągnąć. Wydawać by się mogło, ze skoro do ich  budowy nikt nie używał żadnej zaprawy, to powinien się on prędzej czy później rozwalić. Nic bardziej mylnego. Murki stoją i nie sposób je ruszyć. Jako że na Aranach nie występują drzewa to też nie ma znanych nam dobrze płotów, są murki. Główne ,,dobro naturalne” stanowi kamień i skała, zostały one wykorzystane praktycznie w stu procentach.

Wyspy Aran - kawałek prawdziwej Irlandii

Za każdym razem, kiedy przejeżdżałem przez Connemarę nigdy nie trafiłem w jej południowe rejony. Wyjeżdżając z Galway praktycznie wszyscy wybierają N59, drogę najłatwiejszą, najbardziej popularną oraz pokazującą te piękne tereny w sposób chyba najwłaściwszy. Oczywiście najwłaściwszy jeśli jedzie się samochodem, bo całkiem inaczej odbiera się Connemarę maszerując przez nią pieszo. Tak więc jest droga N59 ale jest również droga R366, ciągnąca się niemal poziomym, kilkudziesięciu kilometrowym  odcinkiem wzdłuż północnego wybrzeża nad zatoką galway’owską.

Jestesmy na Facebooku

Prognoza pogody:

kliknij w obrazek aby zobaczyć szczegóły

 

Statystyki Galway.pl

1'701 osób średnio odwiedza nas codziennie
52'000 osób średnio odwiedza nas miesięcznie
5 min i 6 sec średnio użytkownik spędza na naszej stronie

zainteresowany reklamą? kliknij tutaj <-

Użytkownicy online

Naszą witrynę przegląda teraz 111 gości