Wt02072012

Last update12:16:06

Urwiska Slieve League - niesamowite miejsce!

Z Killybegs podążyliśmy nieśpiesznie na zachód, mijaliśmy kolejne malutkie mieścinki aż po około 16 kilometrach dojechaliśmy do wsi Carrick. Tam odnajdujemy drogowskaz na Teelin, prowadzi doń lokalna, wąska droga.

3 kilometrowy odcinek pokonaliśmy w mig i odnaleźliśmy kolejny drogowskaz informujący nas o klifach: Bunglass: The Cliffs. Podjechaliśmy jeszcze może z 2 kilometry i zatrzymaliśmy się na małym parkingu, u podnóża góry. I w tym momencie ogarnęło mnie niesamowite zwątpienie… Wspominałem na początku, że gdy wyruszaliśmy z Longford pogoda nie była najlepsza. Pochmurnie, praktycznie cały czas padało, calutką drogę do Donegal siąpił deszcz. Nawet w Killybegs nie było zbyt optymistycznie ale cały czas mieliśmy nadzieję, że być może na klifach się zmieni? Oczywiście świeżo w pamięci mieliśmy nasz nieudany, ze względu właśnie na pogodę, wyjazd na Klify Moheru, jednak nie dopuszczaliśmy myśli, że taka sytuacja może się powtórzyć. I na małym parkingu, rzut beretem od największych, europejskich klifów sytuacja niestety była identyczna. Mgła jak mleko, czyli nici z upajania się widokami. No ale skoro już się tam znaleźliśmy to postanowiliśmy, mimo wszystko do tych klifów dojechać. Wpierw chcieliśmy dotrzeć na nie pieszo ale na szczęście zdecydowaliśmy się wjechać tam autem. Jechaliśmy bardzo wąską, momentami dość stromą drogą, która wiła się niczym wąż wokół skalnych żeber. Na szczęście nie mijaliśmy się z żadnym innym samochodem, gdyż minięcie byłoby niemożliwe, na całym odcinku jest tylko parę miejsc, przez które mogą przejechać dwa samochody równocześnie. Wjechaliśmy na samą górę i stał się cud. Mgła niemalże w momencie zniknęła, jeszcze kilkadziesiąt metrów od celu była aż tu nagle myk! nie ma. Poczułem wielka ulgę, uśmiechnąłem się od ucha do ucha i nabrałem nowych chęci. 

Tak jak droga przed chwilką była iście surrvivalowa, tak teraz uspokoiła się nieco, nabrała płaskości, szerokości i powiodła nas do wietrznego parkingu na Carrigan Head. Wysiedliśmy z samochodu i naszym oczom ukazał się niesamowity wręcz widok… 600 metrowe urwisko wpadało niemalże pionowo, wprost do oceanu. Ogrom tych klifów budził emocje i powodował szybsze bicie serca. Przed nami znajdował się bezkres oceanu, na prawo Slieve League, a jeszcze bardziej w prawo była mała zatoczka, wciśnięta między wielkie skalne urwiska. Szczyty klifów otulone były jeszcze delikatną mgłą, więc całości zobaczyć nie szło, jednak ta mgiełka, te chmury sukcesywnie ustępowały, co było zwiastunem, co raz to lepszej pogody. Na prawo od parkingu była, że tak powiem główna atrakcja, jednak strome i pionowe urwiska ciągnęły się również w lewo, były one mniejsze ale równie piękne i niebezpieczne. Po paru minutach powędrowaliśmy właśnie w tym kierunku.

Podobnie jak na Klifach Moheru urwiska, praktycznie na całej długości były oddzielone i zabezpieczone. Tyle, że tutaj postawiona została tylko siatka, nie wysoka, bardzo łatwa do sforsowania, oczywiście nikt o zdrowych zmysłach tam nie przechodził, jednak powodowała ona lepszy kontakt z przyrodą. Generalnie wszystkie miejsca na tychże klifach były o wiele łatwiej dostępne i bardziej zróżnicowane aniżeli na Moherach. Tutaj mogliśmy wędrować po okolicznych skałkach, wchodzić na pastwiska bez żadnych problemów, obcować z dziko pasącymi się owcami bądź też przechodzić przez torfowiska czy wrzosowiska. Szczególnie styczność z owieczkami była bardzo bliska, tuż na wyciągnięcie ręki. Pasły się one grupkami, nie rzadko tuż nad samym urwiskiem, bez żadnego strachu skubiąc trawkę i prawie nie zwracając na nic uwagi. My z aparatami w dłoniach ochoczo poruszaliśmy się na przód, fotografowaliśmy co lepsze scenerie i podziwialiśmy dzikość, niedostępność i ogrom tego miejsca. Była to dla nas wspaniała używka flory i fauny, coś innego, rzadko spotykanego, więc delektowaliśmy się dosłownie wszystkim. Moglibyśmy tak drążyć tę krainę calutki dzień, jednak mieliśmy przed sobą dalsza podróż, więc postanowiliśmy odwiedzić jedno miejsce i potem wrócić w okolice samochodu. Tym miejscem był znaleziony wielki wąwóz, urwisko dość strome acz dostępne… Postanowiliśmy do niego zejść zachowując pełną koncentrację, bo każdy nierozważny krok mógł zakończyć się nie wesoło. Schodziliśmy w dół, w towarzystwie wielkich głazów i kamieni, stawiając kroki uważnie, tak aby nie zsunąć się z hukiem na dół. Będąc coraz niżej, skały nas otaczające robiły się co raz bardziej potężne i przytłaczające. Ocean w dole był co raz głośniejszy, uderzające fale bardziej dzikie i nieokiełznane, odbijały się od wielkich głazów i strzelały wodą na wszystkie możliwe strony… Nie wiem czy ktoś przed nami w to miejsce się pofatygował, my niesieni przygodą musieliśmy skorzystać i te kilkaset metrów w dół pokonać. Zejście i wyjście trwało ponad godzinę, czuliśmy to w nogach ale nie żałowaliśmy tych spalonych kalorii i wylanego potu. Doszliśmy do auta i przekąsiwszy troszkę udaliśmy się w drugą stronę, wzdłuż małej zatoczki, na ścieżkę oficjalną, tam gdzie wchodził każdy odwiedzający. Aby dotrzeć na samą górę Slieve League spokojnie trzeba poświęcić parę godzin, w naszym przypadku nie wchodziło to w grę, więc doszliśmy tylko do pewnego miejsca, z którego roztaczał się świetny widok, zrobiliśmy upamiętniające fotki i wróciliśmy na parking.

Wizyta na klifach Slieve League bardzo udana, odbiliśmy sobie w całości nieudaną wyprawę na Cliffs of Moher, dopisała pogoda, dopisały niesamowite miejsca i fantastyczne widoki. Dopełnieniem byłoby pewnie wdrapanie się na 600 metrową ścianę (oczywiście wyznaczonym szlakiem) i być może zaatakowanie One Man’s Patch, znajdujące się na samym wierzchołku klifu, do którego dotrzeć można jedynie przez wąską i szalenie niebezpieczną dróżkę, momentami ledwie 60-centymetrowej szerokości, przytuloną do urwiska. Slieve League są o wiele mniej popularne od Cliffs of Moher, o wiele mniej ludzi je odwiedza, są praktycznie nieskomercjalizowane. Dodatkowym utrudnieniem jest dość trudny dojazd. O ile jeszcze samochody osobowe mogą tam wjechać to już autobusy nie mają na to żadnych szans, pewnie to też jest przyczyną zbyt ‘’słabej atrakcyjności”. Dodatkowym atutem najwyższych klifów Irlandii jest praktycznie nieograniczona dostępność, oczywiście na dół głównego urwiska dostać się nie sposób ale już inne miejsca, szczególnie tam gdzie my byliśmy, czyli w lewo od Carrigan Head, już jak najbardziej.

Więcej zdjęć można znaleźć na stronie internetowej: www.wrobels.pl

 

Adrian "Ćwirek" Wróbel

 

Jestesmy na Facebooku

Prognoza pogody:

kliknij w obrazek aby zobaczyć szczegóły

 

Statystyki Galway.pl

1'449 osób średnio odwiedza nas codziennie
44'025 osób średnio odwiedza nas miesięcznie
5 min i 52 sec średnio użytkownik spędza na naszej stronie

zainteresowany reklamą? kliknij tutaj <-

Użytkownicy online

Naszą witrynę przegląda teraz 183 gości i 2 użytkownik 
  • roksana
  • pochmurny