Wt05222012

Last update12:00:00

Wyspy Aran - kawałek prawdziwej Irlandii

Za każdym razem, kiedy przejeżdżałem przez Connemarę nigdy nie trafiłem w jej południowe rejony. Wyjeżdżając z Galway praktycznie wszyscy wybierają N59, drogę najłatwiejszą, najbardziej popularną oraz pokazującą te piękne tereny w sposób chyba najwłaściwszy. Oczywiście najwłaściwszy jeśli jedzie się samochodem, bo całkiem inaczej odbiera się Connemarę maszerując przez nią pieszo. Tak więc jest droga N59 ale jest również droga R366, ciągnąca się niemal poziomym, kilkudziesięciu kilometrowym  odcinkiem wzdłuż północnego wybrzeża nad zatoką galway’owską.

N59 przecina Connemarę przez środek, znaleźliśmy się na niej ale chcieliśmy udać się na samiuteńkie południe. W tym celu dotarliśmy do Maam Cross, z którego odchodzi trasa R336. Ta część tej niepowtarzalnej krainy naszpikowana jest niezliczoną ilością jezior, małych i dużych, połączonych pomiędzy sobą małymi rzeczkami, niektóre posiadają wysepki, inne wchodzą w las i tam sobie w spokoju leżakują. Nie ma tu górskich krajobrazów, teren w porównaniu z północą jest raczej płaski i bardzo rozległy. Przestrzenie są spore, słabo zaludnione, jechaliśmy przed siebie i podziwialiśmy. Droga wiła się, wznosiła i opadała, miejscami wyremontowana, także jazda sprawiała nam przyjemność.

Po 21 kilometrach dotarliśmy do Costelloe (Casla w języku gaelickim), w którym można skręcić na południe, bądź jak my, jechać dalej. W momencie wybrania tej pierwszej opcji droga prowadzi wzdłuż bardzo rozczłonkowanych wybrzeży, w tej części jest mnóstwo mniejszych lub większych zatok z Kilkieran Bay i Berthraghboy Bay na czele. Moja kolejna na Connemarze wizyta obejmie właśnie te poszarpane przez naturę tereny. W Rossaveel (z irlandzkiego Ros an Mhíl) byliśmy po około 30 minutowej jeździe. W chwili naszego się tam pojawienia wykiełkował kolejny, wydawać by się mogło troszeczkę szalony pomysł gdyż z nieba lało się cały czas, a sama góra była spowita ciemno-szarymi chmurami na całej powierzchni. Pierwotnie chcieliśmy przenocować w aucie, na którymś z okolicznych parkingów i dopiero rankiem ruszyć w kierunku Aranów. Tak się jednak złożyło, że do wypłynięcia ostatniego promu było mniej więcej 30 minut, więc w mgnieniu chwili wymyśliliśmy, że płyniemy na Wyspy Aran już teraz.

Pamiętam, że w momencie przygotowywania się do odwiedzenia tychże wysp miałem obawy co do promu, który kursuje na Aran Island. Zastanawiałem się jak zdobyć bilet, skąd te stateczki wypływają i co z samochodem? Na miejscu wszystko okazało się dosyć banalne i moje wcześniejsze wątpliwości były niepotrzebne. Postanowiliśmy wjechać na jeden z parkingów, przy którym widniała duża tablica na temat odpływania promów. Jak wspomniałem udało się zdążyć na ostatni tego dnia kurs. Bilety (tam i z powrotem) na jedną osobę do koszt 25 euro, zdecydowaliśmy się na powrót dnia następnego o godzinie 17.  Zostawiliśmy samochód, załadowaliśmy to co było nam niezbędne i z bilecikami w rękach pomaszerowaliśmy w kierunku zacumowanego nieopodal promu. Nie miałem wcześniej wyobrażenia jak taki środek transportu prezentuje się od środka. Po wejściu na pokład od razu rzuciła się w oczy wielka liczba foteli przeznaczonych dla pasażerów, zajmowały one większość miejsca na pokładzie i były bardzo podobne do tych jakie posiadają autobusy (PKS w Polsce czy Bus Eireann w Irlandii). Jeszcze większym zdziwieniem dla nas był fakt, że te wszystkie siedzenia prawie w całości zostały zajęte! Niby promy pasażerskie są stworzone dla ludzi ale myśleliśmy, że akurat w tak deszczowy dzień, oprócz nas, zakręconych wariatów łaknących przygody i zobaczenia nowych miejsc, nie będzie zbyt wielu innych podróżnych.

Płynęliśmy 50 minut, czasami bujało aczkolwiek nie było to jakość szczególnie uciążliwe. Uświadomiłem sobie wówczas, że pierwszy raz w życiu płynę gdzieś statkiem, że nigdy wcześniej nie było mi to dane. Spoglądałem a to za okno na tańczące po oceanie fale, na deszcz uderzający w okna, na ludzi siedzących spokojnie na swoich miejscówkach. Grupka przyjaciół siedzących tuż przed nami gawędziła i grała w karty, inni spali a jeszcze inni słuchali muzyki bądź czytali książki. Ogólnie większość wydawała mi się zmęczona, być może ta niekorzystna aura miała na to wpływ, a może po prostu był to któryś z kolei kurs i ludzie odczuwali monotonność, coś na kształt codziennego jeżdżenia autobusem, czy to do pracy czy do szkoły. Po mojej głowie chodziły myśli jak i gdzie będziemy tej nocy spali? Nie wiedziałem wówczas, że nocleg zapadnie mi aż tak głęboko w pamięci, że będzie on tak spektakularny i nie łatwy…

Czytaj więcej na www.wrobles.pl

Adrian "Ćwirek" Wróbel

Jestesmy na Facebooku

Prognoza pogody:

kliknij w obrazek aby zobaczyć szczegóły

 

Statystyki Galway.pl

1'701 osób średnio odwiedza nas codziennie
52'000 osób średnio odwiedza nas miesięcznie
5 min i 6 sec średnio użytkownik spędza na naszej stronie

zainteresowany reklamą? kliknij tutaj <-

Użytkownicy online

Naszą witrynę przegląda teraz 111 gości