O Connemarze napisałem już tutaj parokrotnie, za każdym razem z dużym entuzjazmem i podziwem dla tej niesamowitej krainy. Napiszę raz jeszcze, tym razem z perspektywy górołaza, opiszę wędrówkę po szczytach Twelve Pins, kilkugodzinną wspinaczkę nasiąkniętą zmęczeniem, wiatrem, deszczem, zimnem i mgłą, poprzeplataną promieniami słonecznymi oraz ciężkimi chmurami wiszącymi tuż nad naszymi głowami. Góry, choć stosunkowo niewielkie, to jednak majestatyczne i przede wszystkim dające nieprawdopodobne pejzaże i panoramy.
Zanim jednak dostaliśmy się do Connemary musieliśmy pierwsze dopłynąć do lądu. Z Wysp Aran płynie się niespełna godzinę. Był to czas, w którym troszeczkę podładowaliśmy akumulatory po wizycie na Aranach, który posłużył nam do odpoczynku w wygodnych, promowych fotelach. Tak jak wcześniej Ocean był delikatnie niespokojny i bujał naszym stateczkiem w górę i w dół tak teraz płynęliśmy znacznie łagodniej. Wraz z innymi współtowarzyszami rejsu dopłynęliśmy do Rossaveel 10 minut przed godziną 17-tą, wyładowaliśmy się z promu jako ostatni i podążyliśmy na parking, gdzie dnia poprzedniego pozostawiliśmy auto. Zapakowaliśmy cały nasz ekwipunek i odjechaliśmy, po drodze płacąc panu parkingowemu 5 euro. Jako, że dzień zbliżał się powoli do końca, to nie mieliśmy już w planach nic konkretnego robić. Aby znaleźć się z powrotem na drodze N59, pokonaliśmy identyczną trasę jak kilkanaście godzin wstecz.
Zatrzymaliśmy się tylko raz, na parę minut. W sumie zastopował nas krajobraz, jak to w Connemarze bywa: piękny,tajemniczy, dziki… Zatrzymaliśmy się tuż przy drodze, nieopodal jakiegoś domku. Po drugiej stronie ulicy rozciągał się malowniczy krajobraz z głównym punktem w postaci jeziorka. Jeziorko usłane było malutkimi wysepkami, miało rozmaite zatoczki, na jednym z brzegów był lasek a całość wieńczył widok górskich szczytów na horyzoncie. Takich miejsc w tej krainie jest sporo, strasznie nastrojowe i tak sobie myślę, że dla zakochanych, jak znalazł . Byliśmy tam chwilkę, z 20 minut i pojechaliśmy dalej przed siebie.
Jak pisałem już kiedyś parokrotnie droga N59 przejeżdża niemal przez środek Connemary i jest to główny trakt tej krainy. Zaczyna się w Galway i po pokonaniu paru mniejszych wiosek dociera do Clifden. My w Maam Cross również postanowiliśmy, że wjedziemy na chwil parę do Clifden w celu uzupełnienia zapasów (głównie pieczywa). Będąc już tam, na pierwszy ogień poszedł Aldi. Sklep sporych gabarytów, tuż przed miastem, ładnie oświetlony, widać że nowy. Niestety chlebek, który tam widziałem nie był satysfakcjonujący. Kupiłem więc tylko paczkę chipsów i baterie. Podjechaliśmy kawałek dalej i tym razem zaatakowaliśmy Lidla, w którym było już lepiej więc wyszedłem z pieczywem. Po tych szybkich zakupach wróciliśmy z powrotem na N59 i podążyliśmy w kierunku na Galway, a konkretniej do Emlaghdauroe, w którym to znajdowało się schronisko. Nazajutrz rankiem chcieliśmy wyjść w góry. Z najważniejszego miasteczka Connemary do schroniska w Imleach Dhá Rú jest tylko 10 kilometrów więc po niespełna 15 minutach byliśmy na miejscu. Tym razem nie było już czasu na rozkładanie namiotu, zresztą namiot po ostatniej nocy na Aran Island był przemoczony i nie nadawał się zbytnio do użytku… Nie skorzystaliśmy również ze schroniska, tym razem wykorzystaliśmy samochód, w którym to przenocowaliśmy.
Obudziliśmy się w okolicach godziny ósmej. Najważniejsza dla nas wiadomość była taka, że na niebie nie zapowiadało się, że będzie padać a jak już to ewentualnie przelotnie, co jednak nie było nas w stanie zatrzymać. Nie mieliśmy zresztą wyboru, gdyż tego dnia (sobota) czas było wracać do domu. Wypełzliśmy z auta, potrzeby fizjologiczne zrobiliśmy, zjedliśmy małe śniadanko i przygotowaliśmy się do wymarszu w górę. Na drzwiach schroniska widniała informacja, że aby wejść na szlak należy się najpierw zapytać o pozwolenie przejścia po prywatnym polu, na którym rozpoczynał się początek tegoż szlaku. Nie zastosowaliśmy się jednak do tego i powędrowaliśmy przed siebie. Wchodząc na szlak w tym miejscu można zaliczyć wszystkie, dwanaście szczytów masywu Twelve Pins. Trasa jak informowała nas między innymi informacja na drzwiach schroniska, nie jest trasą niedzielną, dla rodzin z dziećmi, trzeba zachować ostrożność i być przygotowanym na różne okoliczności. Nie mieliśmy zamiaru wchodzić na wszystkie, nie mieliśmy na to zbytnio czasu a i może siły by nam na to nie pozwoliły. Osobiście lubię góry, lubię po nich chodzić, choć często mi się to nie zdarzało. Tak sobie myślę, że gdybyśmy się pokusili jednak na zdobywanie wszystkich tych wierzchołków, to moje ciało ucierpiało by z tego powodu niemiłosiernie.
Czytaj więcej na www.wrobles.pl
Adrian "Ćwirek" Wróbel
